poniedziałek, 13 lutego 2012

Per aspera ad ACTA. Requiem

Jakoś tak, albo z powodu wrodzonego lenistwa, a bardziej może z powodu niechęci do uczestnictwa w tzw. owczym pędzie (nawet pomimo niezaprzeczalnej jego słuszności) ominął mnie ten cały zamęt z ACTA. Obserwując rzecz z perspektywy internetu, ze szczególnym uwzględnieniem jednego z portali społecznościowych, doszedłem jednak do własnych wniosków. Pierwszy z tych wniosków — może mniej bolesny dla mnie, jako że przywykałem doń już od czasów towarzysza Wiesława — że władza ma swoje racje, i jej (władzy) arogancja jest niezależnie od tego, skąd pochodzi i kto ją wybrał. Drugi — bardziej mi bliski — że piractwo internetowe to straszna zbrodnia. Za przykład niech posłuży niejaki Zbigniew H., który — gdyby nie piraci — „byłby jak Eric Clapton”. Nie ustaliłem jeszcze jak do tego doszło, że jest poszkodowany, czy internauci „ściągnęli” mu struny, czy też może ukradli dobre dźwięki, zostawiwszy same złe, a te dobre wykorzystują w swoich niecnych zamiarach? Tak czy owak — jestem za. No i trzeci wniosek: piractwo trzeba ukrócić. Niech każdy, kto bez odpowiedniej autoryzacji (czytaj: opłaty) ogląda moje zdjęcia, ma się na baczności. Niech strzeże się ten, kto dajmy na to, ściągnął moje zdjęcie na dysk, albo bodaj znalazło się tylko na moment w cache'u jego przeglądarki. Efbiaj na spółkę z cebeeś zapuka do jego drzwi (zapuka, hehe, wyważy), rzuci na glebę i wywiezie do Guantanamo, a tam już mu zrobią (cytując klasyka) „z dupy jesień średniowiecza”. Żarty się skończyły! Że co? Że artysta ze mnie żaden? No nie wiem, tu mnie drukują, tam o mnie piszą, a zresztą kradzież jest kradzieżą, prawo ma być równe dla wszystkich. Też chcę być, jak Zbigniew H., „biednym” milionerem.
* * *
Zostawiwszy w spokoju emocje, należałoby się zastanowić, czemu (albo komu) to wszystko ma służyć. Skoro siódme przykazanie nadal jest aktualne, skąd te nagłe obostrzenia? Rzecz w tym, o czym większość dobrze wie, że np. podniesienie akcyzy na paliwo niekoniecznie skutkuje wzrostem wpływów do budżetu. Tak samo jest z tymi ściąganymi z sieci grami, empetrójkami czy filmami. Odcięci od możliwości darmowego posłuchania czy obejrzenia tychże internauci nie rzucą się masowo do sklepów, aby kupić płyty, co to to nie. Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, że młodzi, zarabiający 1500–2000 zł (to nie żart, wystarczy popytać świeżo upieczonych absolwentów, szybko sprowadzą na ziemię mity o średniej krajowej) będą raz na tydzień kupować płytę, w następnym chodzić do kina, kolejno potem do teatru (ile kosztują bilety do teatru i jaka jest ich dostępność łatwo sobie sprawdzić), a na koniec miesiąca kupią sobie książkę. Raczej nauczą się żyć bez tych dóbr kultury. Szkopuł w tym, że chyba właśnie o to chodzi. Sprowadzone do codziennej egzystencji młode pokolenie szybko zostanie odmóżdżone. Nakarmione darmową hollywoodzką papką trzeciej kategorii w publicznej TV oraz odgrzewanymi kotletami muzycznymi w publicznym radio, szybko zapomną o kulturze, zajmą się zakupami w jakiejś bierdonce, a aspiracje wyższego rzędu zaspokoją wizytą w tzw. galerii handlowej, z bigmakiem w ręku podziwiając witrynę sklepu jubilerskiego. A potem to już będzie z górki: fabryka-jeść-spać-dzieci-wywiadówka-jeść-zakupy-spać... Stadem owieczek łatwo się rządzi, prawda stara jak świat. Co mnie w tym wszystkim zastanawia, to szybkość z jaką ten nasz Kaszub z dziada pradziada, zwąchał się z cyklistami. Bo zysku na razie żadnego nie widzę, wizy jak były tak są, a straty (w sondażach) ma coraz większe... Na razie niewesoło jednak to wszystko rokuje, pozostało mi więc przytoczyć — jakże prorocze — słowa Jerzego Urbana, „rząd się sam wyżywi”.
* * *
Odpowiadając na niezadane pytanie: Tak, jestem zwolennikiem przestrzegania prawa, aczkolwiek nie do końca akceptuję maksymę dura lex sed lex, prawo ma być dla ludzi, nie ludzie dla prawa. Gdzieś przecież musi być jakiś złoty środek, jakieś światełko w tunelu, nieprawdaż?

środa, 18 stycznia 2012

Mroczne depresje cyklistów

Albo może... frustracje? Że co? Że cykliści nie przeżywają frustracji? Nie ma się o co obruszać, wystarczy się im dobrze przyjrzeć. Uważny obserwator natychmiast znajdzie małe, wąsko osadzone, sprytne oczka, rozglądające się bezustannie na boki — czujnie, jakby obawiające się wiecznego zagrożenia, i wydatny nochal — węszący ciągle podstęp. W sumie nie ma się co dziwić, cykliści oceniają świat podług siebie i nie rozumieją, że ktoś może nie chcieć obedrzeć ich ze skóry albo bodaj tylko” oszukać. No ale — z drugiej strony na rzecz patrząc — faktem jest, że ostrożni żyją dłużej, a lekki stres temu sprzyja. Tak więc, hojnie obdarzony przez naturę w powyższe atrybuty (w tym frustrację czy też stres) cyklista, lekko oszołomiony światłami wielkiego miasta, wkracza do tzw. galerii. Galerii handlowej oczywiście, przecież nie galerii sztuki. Po co? Tego najstarsi Kaszubi nie wiedzą. Przecież drożyzna straszna, a z wychudzonymi, kupującymi jedną chińską zupkę na dwie, sprzedawczyniami z butików (pełniącymi bardziej funkcje dekoracyjne niż praktyczne) żadnego handełe nie da się zrobić. Reklamy jednak kuszą: PROMOCJA-SALE-WYPRZEDAŻ, a nuż więc uda się coś, jakoś, gdzieś... za pół darmo, weźmy na przykład taki szal z jedwabiu, przeceniony z półtora tysiąca złotych o połowę. To znaczy, żeby była pełna jasność, cyklista wie, że nie kupi tego szala, bo — po pierwsze — nawet przeceniony jest za drogi, a nawet jeśli nie jest, to po drugie — ten szal jest głównie do ozdoby, w żaden sposób nie jest praktyczny. Bo „praktyczność” cykliści mają w genach, tak już zostali stworzeni przez naturę. Czyli tenże szal jest do niczego, w najlepszym wypadku można by się nim pochwalić przed podwładnymi w pracy, ale zawsze istnieje możliwość, że — primo — będą wiedzieć o przecenie, i — bardziej ryzykowne — secundo, że nie będą wiedzieć, ale jakiś „uprzejmy anonim” doniesie (pamiętajmy, że cykliści oceniają wszystko ze swojego punktu widzenia), iż kolega kupuje rzeczy, na które go nie stać. Zainteresują się odpowiednie organy i... będzie kolejna czterdziestoletnia tułaczka po pustyni w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi (albo wizyta w urzędzie skarbowym; nie wiadomo co bardziej bolesne). Tak czy owak, nasz bohater wkracza w bramy świątyni handlu pełen wewnętrznej wściekłości. Ciągnie do wybranej witryny jak mucha do... muchomora. Po co, skoro już wie, że nie kupi? Ano właśnie, dać upust frustracji. Wpada więc, z miną rokefelera, na upatrzoną ofiarę (na ogół studentkę dorabiającą sobie w roli ozdoby butiku) jak jastrząb (sądzę, że haczykowaty nos uwiarygodnia to porównanie) i po godzinnym przymierzaniu i wybrzydzaniu, że to kolor nie taki, a to że gryzie, a to czy na pewno jedwabniki były dobrze traktowane w hodowli, wygłasza dobitne żądanie: „Trudno, wezmę ten szal bo wielkiego wyboru tu nie macie, a ja nie mam czasu biegać po sklepach, ale żeby Pani tylko nie zapomniała o rabacie! — ile to będzie? — 399,50 zł?”. Ekspedientka baranieje, tłumaczy, że cena 799 zł już uwzględnia rabat, bo szale kosztują 1500 zł. Nie uwzględniła jednak, że cyklista tak naprawdę przyszedł nie po szal, ale rozładować agresję. No i burda gotowa, w skrócie — parę kwestii o niekompetencji, bałaganie, stracie czasu, wołanie właściciela itd.; właściciel — oderwany od miłej pogawędki z biuścistą właścicielką sąsiedniego butiku, wiele nie myśląc, na wszelki wypadek wywala z pracy studentkę, a butik zamyka na klucz mamrocząc coś o remanencie. Jakby nie patrzeć, cyklista swój cel osiągnął, potargował się, przysłowiową nogę podstawił, a szala (którego i tak nie chciał kupić) — nie kupił. Jednym słowem — pełne katharsis*.

Zapytałby kto, co to ma wszystko wspólnego z fotografią. Wbrew pozorom, wiele. Bo też jest i ciąg dalszy. W tejże galerii, nieopodal butiku, jest sklep nie dla idiotów, w którym nasz bohater zamierzał nabyć aparat fotograficzny. Taki prezent dla samego siebie, ale też i praktyczny, bo mimo wszystko zawsze taniej jest wysłać rodzinie zdjęcia własnej pociechy, niż ich zapraszać, bo jak wiadomo, to ostatnie niesie za sobą dodatkowe koszty. Tak czy owak zakup aparatu był postanowiony, sprzęt powinien posiadać jak największą ilość megapigzli i maksymalną liczbę zumów. Tutaj jednak cyklista się przeliczył, trafił na lepszego od siebie praktyka. Zamiast kupić tani kompakt jak zamierzał, wdał się w dyskusję z nie w ciemię bitym sprzedawcą i ten wcisnął mu lustrzankę cyfrową (obiektyw w zestawie), z teleobiektywem do fotografowania ptaszków (za pół ceny) i torbą gratis. Rozumiecie, torba GRATIS!!! Jaki to był aparat tego się nie dowiedziałem, na zadane pytanie odpowiedział dość enigmatycznie: „No wiesz, taki lepszy, dla profesjonalistów. Czarny” (żebym sobie nie pomyślał, że on mógł kupić jakiś amatorski sprzęt). Faktem jest, że niespodziewany zakup musiał mu nieco nadszarpnąć morale, więc dla równowagi cyklista postanowił zostać artystą. Zrobiwszy kilka zdjęć pokazał je światu w jednym z miejsc w sieci o tematyce fotograficznej. No i... nie będę się rozpisywał, żałosny efekt jest dość znany bywalcom tych portali. Koniec końców cyklista nie dał za wygraną, przyniósł zdjęcia do pracy, pokazać podwładnym. Wiadomo jak jest, włazidupy piały z zachwytu nad ułomnymi kadrami przedstawiającymi „bógwico” oraz nad jakimś pięknym ptaszkiem (a może było to makro, ptaszka cyklisty na wszelki wypadek nie oglądałem). Świeżo upieczony artysta poczuł się dowartościowany, zatem rzuciwszy w powietrze kilka „ciepłych” słów na temat internetowego światka niedouków, zasiadł bezpieczne za fajerłolem, aby, jak to mówią (tak, jak to było w przypadku szala), podładować akumulatory. Zapamiętawszy to i owo, nie omieszkał zabłysnąć erudycją krytykując inne zdjęcia, a to napisał „mogło być bez tego czegoś / co jednak się kojarzy w ten a nie inny sposób / byłoby całkiem sympatycznie...”, a to zostawił ślad po sobie w postaci „kadr nie taki, inny” albo wręcz „ja bym to inaczej zrobił”. Na pytanie, jak by zrobił, tego już cyklista nie wyjaśniał. Ostatecznie, nie po to przeszedł długą drogę od frustrata do krytyka (krytyka-frustrata), żeby cokolwiek wyjaśniać, bo nie to przecież było jego zamiarem.

Miała być puenta, ale... może na dzisiaj wystarczy świadomość, że czasem wystarczy mały uśmiech, aby świat stał się piękniejszy; przecież cykliści tak naprawdę są w mniejszości, nie dajmy się zwariować. No i... nie zaszkodzi na początek przeczytać instrukcję do aparatu, prawda?
___
* „Straszne tu się chamstwo zjeżdża z całego świata...”.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Lengforda. Aleja domów umarłych

Aleja w mieście z tysiącletnią tradycją, i nieco młodszą (nieco, pierwsze wzmianki pochodzą z 1263 r.) dzielnicą, o charakterystycznej dla szlaku komunikacyjnego, niewysokiej zabudowie. Cały urok tych niewysokich kamienic stworzyły, stojące otworem do przechodnia, sklepiki.
A to warzywniak, a to spożywczak, a to delikatesy czy też drogeria. Ale nie tylko. Można tu było znaleźć też szklarza, szewca (nie tylko w poniedziałek) i zegarmistrza. Fryzjer na strzyżenie nęcił wonią wody kolońskiej. Kawaler pachnący wodą brzozową zawsze robił lepsze wrażenie na pannie, wybrance serca.
Tu można było z marszu kupić buty, garnitur i kiecę na karnawał. Albo farbę i żarówki, jeśli ktoś miał taką potrzebę. Rybki można było kupić akwariowe albo znaczki, jak ktoś był syfilitykiem, przepraszam, filatelistą. I chomika dla dziecięcia, które znużyło się zakupami.
I zawsze można było wypić kawę w kawiarence albo małym barku. Bo zapiekanki, pizzerie i kebapy przybyły trochę później. O dziwo, prawdziwe zapiekanki można jeszcze dzisiaj zjeść w jednym miejscu, ale nie powiem gdzie, żeby się cykliści nie zwiedzieli.
Dla zgłodniałych przyjezdnych były restauracje. Jak komuś się spodobało, mógł nawet zostać na dancingu, do białego rana. Rano zaś, na utrudzonych nocnymi szaleństwami, czekały bary mleczne, a pobliski browar, rozsiewając zapach — trzeba przyznać — nieco alternatywny, przypominał, że piwo — od czasów Heweliusza — jest dobre na wszystko.
I wszystko to diabli wzięli. Może nie do końca, miejsca niby zostały, ale jakieś takie inne.
Tak dzisiaj wygląda Lengforda — aleja domów umarłych, które opisałem jak umiałem, widzicie sami...
I chyba nikt mi nie będzie w stanie wmówić, że w miejscu zburzonego domu towarowego powstanie coś innego niż bank albo „kościółek”. Do tych ostatnich zresztą wrócę za czas jakiś, jak dopadnie mnie kolejna porcja zimowego spleenu.

wtorek, 13 grudnia 2011

Stringi i portale

Pomyśleć, że poszedłem do centrum handlowego kupić tylko krople żołądkowe gorzkie, a tyle stringów (internetowych) spotkałem w piętnaście minut...

stukajace-szpileczki.peel
zoba-jakie-mam-cycki.peel
po-chuj-ci-ten-krawat.peel
ale-ze-mnie-lachon.peel
loda-robie-tanio.peel
fajne-mam-stringi.peel
czego-sie-drzesz-gowniarzu.peel
lateks-mnie-uciska-w-cipke.peel
obwisly-brzuch-wylewajacy-sie-z-mini-jest-seksi.peel
nic-nie-widac/wygolilam-sie.peel
za-te-bluzke-robisz-loda.peel
jak-wyjdziemy-to-ci-przypierdole.peel
naciagne-stringi-az-pod-pachy.peel
no-i-chuj-że-widac-moj-rowek.peel
nie-smierdze/wyperfumowalam-sie.peel
ochujales-czy-ja-wygladam-jak-tania-cipa.peel
jak-to-brak-srodkow-na-koncie-zrob-cos-kurwa.peel
czego-sie-debilu-gapisz-na-jej-cycki.peel
moja-dupa-wejdzie-w-te-majtki/nadwarazy.peel
i-tak-sie-napierdoli-po-co-taka-droga-wodka.peel
kup-mi-jakies-drogie-wino-ale-w-zajebistej-butelce.peel
musze-to-miec/jej-z-zazdrosci-macica-sie-przekreci.peel
nie-zrobie-dobrze-twojemu-szefowi/i-tak-mam-okres.peel
i-tak-sie-nawalisz.peel
chyba-palcem.peel
zoba-jaki-pierscionek/w-dupe-nie.peel
wcale-mi-nie-smierdza-nogi/w-kozakach-z-futerkiem.peel
popacz-jaka-stara-kurwa/ale-chujowe-te-lustra.peel
to-se-sam-zrob-loda.peel
gdzie-zostawilas-twojego-bachora.peel
nie-kurwa-nie-bedzie-obiadu.peel
jak-to-zamykaja.peel
... (kropka)peel

Resztę, jak znam życie, ono samo dopisze. Wesołych Świąt.

poniedziałek, 31 października 2011

Bankiet u Pana Boga


Jak co roku media zachłystują się statystykami kolejnej akcji „Dojedź Trzeźwy na Cmentarz”, a sznury samochodów ciągną od rana w kierunku nekropolii. Pędzą, byle prędzej, byle zająć miejsce jak najbliżej bramy, byle... szybciej wymienić ploteczkami. Wiadomo, raz w roku trzeba.
— Pszszsz... widziałaś, jak ona się ubrała na cmentarz; wstydu nie ma.
— Pszszsz... samochód kupiłem, nowy, no... zimówki były gratis.
— Pszszsz... zobacz, a ona znowu w tym samym futrze.
— Pszszsz... zimno jest, to co? Skoczymy do mnie na jednego dla rozgrzewki?
— Pszszsz... pewnie mole wyprowadziła na spacer, phiii.
— Pszszsz... no co ty, ze szwagrem się nie napijesz?!

Wszystko w akompaniamencie kakofonii dźwięków ryczących głośników, które ktoś porozwieszał na drzewach, ogrodzeniu cmentarza, jak popadło. Zapewne chodziło o to, aby było (coś) słychać. Tyle tylko, że takimi dźwiękami to nawet Jerycho by się dało zburzyć.

Tymczasem zaś w niebie trwa w najlepsze najważniejsze wydarzenie roku — bankiet Wszystkich Świętych. Od rana więc miały miejsce przygotowania, sprawdzanie ilości, gładkości i ułożenia piór w skrzydłach, kontrola aureoli i pozostałych oficjalnych atrybutów. Wszystko na tip-top, trochę może sztywno, no ale... jak bankiet to bankiet. Dopiero wieczorem, kiedy ambrozja i kadzidło rozluźnią nieco atmosferę przyjęcia, a ziemska wrzawa na cmentarzu ucichnie, kiedy tysiące zniczy rozświetlą ciemności w jedynym i niepowtarzalnym widoku, a wszelkie zapachy wyfiokowanych paniuś i ich wyelegantowanych mężusiów zajmie cierpka woń chryzantem i słodki zapach stearyny palących się świec, wtedy pojawią się Oni. Niezauważalnie, niepostrzeżenie, na moment tylko opuściwszy bankiet przemykają bezszelestnie, czasem musnąwszy skrzydłem bukiet jesiennych kwiatów lub — dla swawoli — załopotawszy ognikiem dopiero co zapalonej świecy, wracają czym prędzej na swoje miejsca.

Zapalam znicz, wyciągam papierosa, malborskiego. Kiedyś kupowałem je ze względu na Niego, kiedy już sam nie wychodził z domu. Wychodząc zostawiałem dwie-trzy sztuki, więcej nie chciał. Bardziej na nie patrzył, niż je palił, ale miał w zanadrzu, jakbym zapomniał kupić. Ostatniego w życiu też dostał ode mnie — zapalił, a potem już tylko patrzył na unoszący się dym.
Zapalam zapałkę i... nagły podmuch wiatru w bezwietrznej pogodzie gasi mi ją, jakby chciał zaprotestować. Nie żartuj sobie — mówię — wiem, że to mnie zabija, ale zapalę i niech się tli, posiedzimy sobie jak kiedyś, przy dymku. Muśnięcie wiatru we włosach i kolejna zapałka zapala się bezszelestnie, a dym zaczyna przypominać wspólne chwile. Papieros się dopala, czas wracać. Cześć — mówię — do następnego razu, wracam do domu. Wsiadam do samochodu, jadąc niespiesznie przez miasto, nawet nie próbuję łamać przepisów, bo kolejne zielone światła, zielona fala, uświadamiają mi, że nie mam się spieszyć, On czuwa. Odprowadza mnie aż pod dom, i szybko wraca, aby nikt nie zauważył jego nieobecności. Jakby nie patrzeć, oficjele są na cenzurowanym...

Wracam, robię sobie kawę, wyciągam albumy ze zdjęciami, niektóre są już tak stare, że nawet ich nie dotykam, niektóre całkiem nowe. Czasem sam już nie wiem, kto jest na tych starszych fotografiach, nigdy się tego nie dowiem — Ci, co mogli mi to powiedzieć, też patrzą na mnie już tylko ze zdjęć. Cieszę się jednak, że mogę sobie ich powspominać, pamięć jest zawodna, a fotografie, na których ich utrwalono powodują, że czuję się, jakby siedzieli ze mną przy stole. Chociaż na chwilę jesteśmy razem, jak za starych dobrych lat. Zdjęcia... lepsze, gorsze, ale mam. Bo trzeba je robić, czasem nie jest łatwo, ale warto.
Świeca przygasa, smużka dymu z papierosa dawno przestała się snuć. Zostawiam zdjęcia na stole, niech Oni będą ze mną do rana. To ich święto.

czwartek, 27 października 2011

Wyobraź sobie... Linie


Pozorne, domyślne, wyobrażone
Nie widać ich wprost na zdjęciu, ale można je sobie bez trudu wyobrazić, jak np. wzrok matki patrzącej na swoje dziecko, albo wzrok faceta oglądającego się za... (no, wiadomo za czym). Linie te, odpowiednio użyte, mogą wywrzeć silniejsze wrażenie na oglądającym niż te rzeczywiste.

Rzeczywiste
Są obecne w zdjęciu jako drzewa, słupy wysokiego napięcia, rzeki, drogi, tory itp. oraz jako granice między płaszczyznami, np. horyzont, krawędź budynku i im podobne.
• Pionowa (prosta), jak maszt, wieża, czy wysokie drzewo — sugeruje spokój, równowagę, podkreśla statyczność ujęcia.
• Pozioma — sugeruje zatrzymanie wszelkiego ruchu (jak znak zakazu wjazdu).
• Łamana, zygzakowata (szczyty gór albo sztorm na morzu) — wprowadza niepokój, intryguje, prowadzi wzrok, ale może być też męcząca.
• Zakrzywiona jak drzewo nad brzegiem jeziora — wywołuje pewne napięcie, wprowadza zarówno spokój, jak i wrażenie dynamiki.
• Łagodna i spokojnie wygięta — łatwo prowadzi wzrok oglądającego; nie wywołuje niepokoju.
• Skośna, pochyła jak przewracające się drzewo lub strome zbocze — wywołuje napięcie, zaciekawienie, wprowadza dynamikę.
• Szersza w dole, węższa w górze — sugeruje ruch w kierunku węższego końca, tam właśnie prowadzi wzrok oglądającego.
• Stąd–tam — sugeruje ruch do wnętrza obrazu, odchodzenie.
• Stamtąd–tu — prowadzi wzrok od obrazu w stronę oglądającego, powracanie.

Proste te krzywe, prawda? No to całą tę radość z wykorzystania pojedynczych linii albo stworzenia galimatiasu z ich poplątania pozostawiam wyobraźni. Byle ich nie przegiąć za bardzo.

Cdn. „Wyobraź sobie...” być może nastąpi, być może nie.

czwartek, 13 października 2011

Dziękujemy Ci Druhu...


Przekornie inspirowane*

Wiele lat minęło od dnia, w którym opuściłeś Ojczyznę mój drogi Druhu, a jednak pamiętasz ciągle o nas. Dziękujemy Ci pięknie za pamięć, jak i za e-maile, w którym pokazujesz nam coraz to piękniejsze zdjęcia. Wprawdzie od czasu, kiedy kupiłeś sobie nowy cellular phone z dwunastomegapikselowym aparatem fotograficznym nie możemy obejrzeć całości zdjęć, bo nie mieszczą się na ekranie naszego starego monitora (domyślamy się, że pięknie wyglądają na Twojej nowej 100-calowej plazmie; przy okazji — naprawiłeś już generator?), a zresztą i tak nie możemy ich docenić, bo opanowałeś dziwną sztukę wklejania zdjęć do treści e-maila. My tu, w Polsce korzystamy z funkcji załączników, które potem można zapisać na dysk i oglądać oddzielnie. No ale, Wy tam pewnie inaczej robicie — wiadomo, wielki świat.

Wielki świat... te fragmenty zdjęć, które udało się obejrzeć, naprawdę robią wrażenie. Taki Yosemite na przykład, jakby Ci udało się pokazać te drzewa niezasłonięte przez budki z hot-dogami i ogrodzenie parkingu — na pewno wyglądałyby monumentalnie. Zresztą i tak na pewno przywieźliście sobie stamtąd jakieś pamiątki z Chin? Nie wiem, czy pamiętasz, ale u nas są równie piękne miejsca, pojechaliśmy więc w Bory Tucholskie chcąc i Tobie wysłać jakieś zdjęcia, ale zanim znaleźliśmy jakieś ładne miejsce, zgubiliśmy się, a konkretnie zgubiliśmy w lesie nasze zielone autko, w którym był ten stary niezawodny aparat na klisze (jak pamiętasz, nazywa się Druh), którego nie zabrałeś, bojąc się o nadbagaż, no i zdjęć nie zrobiliśmy. Zresztą i tak te smoki wyszły z krzaków, dopiero kiedy było już ciemno. Prawdą jest jednak, że trochę czasu zajęło nam odnalezienie auta, zgłodnieliśmy po drodze, ale szczęśliwie znaleźliśmy małą polankę z ładnymi kolorowymi grzybami, więc nie umarliśmy z głodu. Zimno też nam nie było, bo tuż przy polance było jakieś uschłe zielsko — rozpaliliśmy ognisko i wszystko dobrze się skończyło, bo przed atakiem smoków uratowała nas ekipa policji w kominiarkach (swoją drogą, dziwnie się ubrali do lasu, prawda?). Skończyło się na grzywnie za palenie ogniska w lesie, ale szczęśliwie dla nas nie zostaliśmy oskarżeni o spalenie tego zielska, bo okazało się, że ono nie było bezpańskie, należało do jakiejś Marychy (nazwiska nam nie podali).

Tak, piękne miejsca odwiedzasz, ten Grand Canyon robi wrażenie. Aczkolwiek, jak nie widać całości, to przypomina trochę wykopy na tej autostradzie, co to ją Chińczycy mieli wybudować na Euro 2012. Autostrady chyba nie będzie, co nas nawet cieszy, bo taki marsjański krajobraz, jaki po sobie zostawili, nie ma sobie równego w świecie i chyba da się sporo na turystyce survivalowej zarobić. Tak czy owak, udało nam się wrócić stamtąd, chociaż w pewnym momencie autko ugrzęzło po okna w błocie i gdyby nie pomocna dłoń chłopa (a właściwie kopyt jego konia), który wyciągnął nas stamtąd, zostalibyśmy tam na zawsze. Przy okazji, pamiętasz nasze autko? Naszego maluszka, Fiata 126p? Ma się dobrze, jest już pełnoletni i wzbudza niesłychany zachwyt grup azjatów, którzy pytają się nas, czy też moglibyśmy im zrobić takie rodzinne auto.

Do tej jaskini hazardu, Las Vegas — taki kawał drogi — też pewnie pojechałeś swoim pięknym, wielkim amerykańskim krążownikiem szos produkcji koreańskiej? No widzisz, a u nas automaty do gry są praktycznie w zasięgu ręki, 3-4 przystanki tramwajem. Wprawdzie nie spotkaliśmy tam Elvisa Presleya ani Marilyn Monroe, ale za to była Dżesika, Dżastin, Brajan i Nikola. Chyba przyjechali z Twoich okolic, bo wszyscy byli pięknie opaleni, od brązu po wszystkie odcienie czerwieni, aż do ziemistej szarości. Tak więc, wzięliśmy całą wypłatę (1386 zł minus ZUS i podatki) i pojechaliśmy. Dobrze, że nie zarabiamy więcej, bo wypłata w pięciozłotówkach trochę ważyła, ale warto było. Chyba rozbiliśmy bank. Wyobraź sobie, że wygraliśmy 200 puszek Coca-Coli i 150 kaw (ze śmietanką i cukrem!). Żyć nie umierać. Wyobraź sobie, że z każdą wygraną puszką automat do gry wypłacał jeszcze dodatkowe pieniądze. Drobne bo drobne, ale zawsze to żywy pieniądz. Tak sobie myślimy, że chyba od dawna tam nikt nic nie wygrał, bo za nami ustawiła się długa kolejka chcących też zagrać i wygrać. Ale nie dopuściliśmy ich aż do przyjazdu pogotowia ratunkowego. No bo ktoś wezwał pogotowie. Przydało się, bo te mroczki przed oczyma nie pozwalały nam skupić się na grze. Początkowo chcieli odwieźć nas do Kocborowa, ale skończyło się na zwykłym OIOM-ie, płukaniu żołądka i takich tam.

No tak, dzień wyborów jednak spędziliśmy w szpitalu. Wszystko jednak przebiegło miło i przyjemnie; rano przyszedł ksiądz, powiedział na kogo mamy głosować, więc pozostało tylko postawić krzyżyk. Szkopuł w tym, że po tej kawie, lekach i Coca-Coli trochę nam się wszystkim ręce trzęsły, więc postawiliśmy krzyżyk nie na tego kandydata co trzeba. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło — dowiedzieliśmy się z TV (w szpitalu, bo w domu nie mamy), że ten, na którym położyliśmy krzyżyk, jednak się dostał. Jest nawet trochę podobny do Waszego prezydenta, więc chyba wszystko idzie w dobrym kierunku? O Tobie też mówili w TV, że zakłóciłeś ciszę wyborczą czy jakoś tak? Mamy nadzieję, że SWAT nie zrobił Ci krzywdy, powinni przecież zrozumieć, że wyruszyłeś na wybory tydzień wcześniej. Trzy dni konno, dzień marszu pieszego i potem znowu trzy dni w canoe — nie sposób przecież przedzierać się przez las bez strzelby, prawda? W ogóle to teraz częściej będziemy oglądać telewizję (w szpitalu rzecz jasna) bo okazało się, że byliśmy zatrudnieni na czarno — nasz pracodawca nie odprowadzał ZUS, więc musimy zapłacić za leczenie. No to zdecydowaliśmy się odpracować te koszty. Nie jest źle, w dobie bezrobocia mamy zapewnioną robotę na trzy pokolenia w przód.

Doceniamy więc tym bardziej, że — pomimo osiemnastoletniej niebytności w ojczyźnie — nadal chcesz brać żywy udział w decydowaniu, co jest dla nas dobre, a co nie. Może Twój głos spowoduje, że będzie lepiej? Tylko wiesz... Pamiętasz, kiedy wyjeżdżałeś, mówiłeś iż nie chcesz żyć w kraju, którym rządzą komuchy i cykliści? Mogłeś do nas napisać, byśmy Ci wyjaśnili to i owo. Rozumiesz... kandydat na którego oddałeś głos na 100% nie jest komuchem. No ale, liczą się Twoje dobre chęci no i piękne zdjęcia, które zrobiłeś (tak piszesz, że zrobiłeś) podczas wyprawy na głosowanie. Hm, może po prostu następnym razem koniecznie przyjedź do ojczyzny? Bo my nie wybierzemy się do Ciebie, m.in dlatego, że nie dają nam wiz, tylko organizują jakąś loterię (do hazardu na razie się zniechęciliśmy, sam rozumiesz), a jak już ktoś wygra, to i tak traktują jak przestępcę, na lotnisku pobierają odciski palców i zaglądają tu i ówdzie (i nie tylko w d..ę). Nie, lepiej po prostu wyślij nam kolorową pocztówkę. Bo wiesz, zdjęcia... zdjęć nie robi aparat.

___
* Jeśli ktoś się tu odnalazł to już jego problem.