piątek, 27 lipca 2018

Locusta (co istotne) migratoria

Jak pamięcią sięgam babka Joanka nie zamykała drzwi. To znaczy nie zamykała ich na klucz, zasuwę czy łańcuch. Bo nie. Nie było takiej potrzeby — rodzina, przyjaciele, sąsiedzi naciskali klamkę – i po prostu wchodzili. Dopiero w sieni dawali znać, że są. Tak samo pozostali – inkasenci, domokrążcy — wkładali głowę za drzwi i wołali, czekając na odpowiedź. Jeśli nikt nie odpowiadał, należało je zamknąć i — w zależności od potrzeby — zaczekać na ławce przy drzwiach albo spróbować szczęścia i znaleźć babkę za domem, w ogrodzie. Jeśli czekało się przed domem, nic nie stało na przeszkodzie, aby zerwać sobie jabłko, parę malin, czy też garść wiśni. Nikt z gości więcej nie zrywał, ot tyle, co na przekąskę, aby umilić sobie czas oczekiwania. Do ogrodu natomiast szło się wzdłuż domu, przechodząc pod oknem (co w opowieści istotne, do okna zaraz wrócę) kuchennym. Trzeba było minąć drewutnię i otworzyć małą furteczkę, aby znaleźć się w babczynym królestwie drzew, kwiatów i warzyw uprawnych. Tam też znajdowało się wejście na stryszek, na którym skarby wszelakie zapierały dech w piersiach dzieciakom. Wspomniana drewutnia to zaczyn na całkiem inną opowieść; pierwotnie była stajnią – dziadek Stanisław trzymał tam konie, z którymi jeździł do pracy w gdyńskim porcie. Z biegiem czasu konie zostały zastąpione przez maszyny, a stajnia stała się drewutnią — moim ulubionym (ale i nielegalnym) miejscem zabaw — dziadek trzymał tam wszelkie niebezpieczne narzędzia: piły, siekiery, dłuta, diabelnie ostry ośnik, a także leciwy, ale nadal niezły sierp z czasów, kiedy trzymał konie. Parę innych narzędzi, których przeznaczenia już pewnie nie poznam też by się znalazło. Niemniej jednak zapach wielu gatunków drewna, który tam się unosił, pozostanie ze mną na zawsze. Drewutnia, o dziwo, była zamykana. Zamykana wprawdzie tylko na skobel, ale to głównie przede mną, dzieciakiem; oficjalnie — ze względu na pewną niefrasobliwość, z jaką traktowałem siekierę, ale podejrzewam, że nie tylko. Pamiętając burzliwe dzieje tych okolic (całkiem niezły artykuł, polecam), można z całkiem sporą dozą prawdopodobieństwa, mającą podstawy w „pewnych niedomówieniach” założyć, że dziadek Stanisław miał gdzieś tam, za którąś deską, zachomikowanego Mausera — ot tak, na wszelki wypadek.

Wracając do kuchennego okna, pod którym się przechodziło — tam, od niepamiętnych czasów, na gwoździu za okiennicą, wisiały klucze do domu. Trochę na wszelki wypadek, bo wprawdzie dom był otwarty, ale może jednak nie zawsze; jak dziadkowie wyjeżdżali gdzieś dalej, to dom zamykali. W sumie nie wiadomo po co, bo i tak wszyscy wiedzieli, gdzie szukać klucza. Dziwna rzecz, ale nic nie ginęło. No może czasem zdarzyło się, że zniecierpliwiony oczekiwaniem sąsiad pożyczył sobie z drewutni siekierę albo piłę, ale wszystko wracało na swoje miejsce z dodatkowym upominkiem w postaci świeżo upieczonej szarlotki albo butelki dopiero co zlanego wina porzeczkowego. Dziwne to niezamykanie było tym bardziej, że wbrew temu, co się czasem dzisiaj wydaje, iż wtedy nie było czego ukraść — to nie do końca prawda. Jak przypominam sobie opowiadania Jana Himilsbacha, wyspecjalizowani złodzieje byli od zawsze. Jedni kradli pościel, inni bieliznę, jeszcze inni wyposażenie domu, np. garnki i patelnie albo pieniądze i biżuterię. Ponoć byli tacy co i przetwory ze spiżarni potrafili wynieść. A tu — u dziadków — nic nie ginęło. Ani z ogrodu, o domu nie wspominając. A przecież byłoby o co się pokusić. Bo babka Joanka pieniędzy w banku nie trzymała – te na codzienne wydatki były z prawej strony komody, oszczędności — głęboko schowane za lewymi drzwiami przepastnej szafy, drobne w serwantce, a biżuteria z lewej strony komody. To oczywiste, i taki był porządek rzeczy. A i radio też było niebylejakie, wybrane przez dziadka, z pięknym „kocim okiem” i miękkim dźwiękiem, który brzmiał dobrze zarówno przy słuchaniu Radia Wolna Europa, jak i Radia Luksemburg. No i telewizor. Cud techniki, telewizor „Belweder”, równowartość ówczesnej półrocznej pensji. Na niego też się nikt nie połaszczył, a przecież stanowił (jak sądzę) łakomy kąsek. Nie wiem, czy dziadkowie cieszyli się taką estymą w okolicy, że nikt nie śmiał ruszyć ich mienia, czy też po prostu tak było. Chyba tak było, bo przecież wszyscy wokół wiedzieli „kto na czym siedzi”, a nic nie ginęło. Tak więc w tym okienku na świat oglądaliśmy Randalla i ducha Hopkirka, Konia który mówił, no i — przede wszystkim — Bonanzę, przeżywając przygody całkiem nieznanych ludzi. Jakby dziadkowie nie mieli własnych przygód, aczkolwiek wojnę chyba trudno uznać za przygodę. Chociaż... zapewne mieliby co opowiadać, gdyby nie to, że dziadek i babka woleli milczeć. Może dlatego, że chłopak, taki jak ja, mógłby niechcący coś „chlapnąć” i problemy gotowe. Niepokorni Kaszubi byli zawsze solą w oku zarówno Niemców, jak i wyzwalających te ziemie Rosjan, a także późniejszej komunistycznej, proradzieckiej władzy. Zatem opowieści o Czerwonych Kosynierach długo mnie omijały, musiałem zadowolić się Bonanzą. Nie ukrywam, że z tą ostatnią wiąże się jedno z moich największych rozczarowań telewizyjnych. Kiedy po latach pojawiły się kolorowe telewizory, okazało się, że Bonanza tak naprawdę jest landrynkowo-kolorowa, straciła całą szlachetną czarnobiel i już nigdy nie była taka sama.

Zresztą później nigdy nic już nie było takie same. Zaczęła pojawiać się szarańcza. Krążyła gdzieś „czterdzieści lat po pustyni” i wreszcie znalazła „ziemię obiecaną”. To nieważne, że nikt ich nie zapraszał. Pojawili się, znaleźli kawałek ziemi, postawili jeden „blokhauz”, drugi, trzeci... potem zaczęli się ogradzać. Mówili, że to „takie lepsze” osiedle. Lepsze, bo ogrodzone, z dozorcą broniącym dostępu postronnym, ale za to z kapownikiem, w którym zapisywał, kto wchodzi i do kogo; z kamerami mającymi ponoć chronić mienie. Ponoć, bo nie chroniły przed kradzieżami rowerów i np. wózków dziecięcych (co ciekawe pod domem dziadków mój rower mógł stać całą noc niestrzeżony, a jedyne co go mogło złego spotkać, to niespodziewany deszcz). Nie pomagało również tym zaginionym sprzętom sąsiadów, że domy w tym „lepszym osiedlu” stoją tak blisko, iż widać, co naprzeciwko mają na obiad, kto z kim śpi, a i sznur na pranie dałoby się przeciągnąć pomiędzy nimi bez wielkiego trudu. No cóż, jak kto lubi. Tyle tylko, że może nie wszyscy?

Babka Joanka nigdy nie zaglądała sąsiadom w okna. Nawet jeśli jeden z domów stał bliżej, to oddzielał go od niego ogród z krzewami i drzewami owocowymi skutecznie izolując sąsiadów. Byli blisko, ale jednocześnie daleko. Ale wkrótce zmieniło się wszystko. Nagle trzeba było zacząć zamykać drzwi, bo szarańcza niekoniecznie szanowała prawo własności. To znaczy swojej tak, przecież ogrodziła się przed innymi, ale cudzej niekoniecznie: „przecież było otwarte”. Pamiętam, jak przyszedłem któregoś dnia do babki (dziadek Stanisław już tego nie dożył, ale myślę, że wróci któregoś dnia w innej opowieści) i zastałem drzwi zamknięte. Zdziwiony, ale niespeszony poszedłem więc pod kuchenne okno, przy którym (jak wcześniej pisałem) zawsze wisiał klucz i... nie znalazłem go. Za to w kuchni była babka, która oświeciła mnie, że teraz drzwi się zamyka, a klucz już nigdy nie wróci na stare miejsce. Niezadługo i płot trzeba było podwyższyć. Płot sam z siebie trudno było nazwać płotem, raczej było to niewysokie ogrodzenie służące głównie niewyłażeniu krzewów na chodnik przy posesji. Na tyle niskie, że dorosły mężczyzna przekładał nogę i był po drugiej stronie. Na tyle fajne, że drewniane, więc dzieciak mógł traktować je jak tor przeszkód. Nie miało drutu kolczastego jak ogrodzenie pobliskiego osiedla, jedyną przeszkodą były krzewy agrestu i malin; spotkanie z nimi nie należało do najprzyjemniejszych. No i porzeczki, dość łamliwe, więc można było dostać od babki ścierką po dolnej części pleców za ich połamanie. I tyle. Ale płot trzeba było zrobić nowy, bo szarańcza notorycznie traktowała babczyne uprawy jako darmowe źródło witamin. Przy okazji, podwyższenie płotu wiązało się niestety wymianą furtki. Stara furtka była taka bardziej ozdobna niż praktyczna, służyła raczej temu, żeby Pikuś (wielorasowiec) nie wybiegał na ulicę. I trzeba było też tę nową furtkę zamykać na klucz, bo jak nie była zamknięta, to szarańcza podwórko traktowała jak swoje („przecież było otwarte, przecież nie ubędzie, jak zerwę tych parę jabłek, marchwi i cebuli”). Tyle tylko, że to nie szarańcza sadziła te drzewa. Ale i tak, krok po kroku, dzień po dniu, szkodnik zagarniał coraz więcej. I zagarnął.

* * *
Domu już nie ma, szarańcza go „pożarła”. Babka Joanka się przeprowadziła, ale prawdą jest niestety, że nie przesadza się starych drzew. Małą pociechą jest to, że to „lepsze osiedle” też pomału popada w ruinę, a tamta szarańcza poleciała dalej...
* * *
Powyższe, przyznaję, może nieco przydługie wprowadzenie (albo przywoływanie wspomnień) mnie prowadzi do prostej, ale życiowej konkluzji: z szarańczą nie da się dyskutować, to nie partner do rozmowy, to szkodnik. Szkodniki się zwalcza. Napalmem. Nie chciałbym popaść w pompatyczność, ale wydaje mi się, że od pewnego czasu wszyscy jesteśmy w szponach (albo żarłocznych szczękach) takiego właśnie szkodnika. Szarańczy, która za wszelką cenę chce się „nażreć” bez względu na konsekwencje. Konsekwencje, które dotkną nas wszystkich. Bo podgryzacz żadnych nie poniesie, nażre się, wypasie, zniszczy historię, kulturę, administrację, a potem zostawi połacie spaloną ziemię bez zieleni, sterty toksycznych odpadów i poleci dalej. A my przez kolejne (które to już?) 100 lat będziemy w pocie czoła odbudowywać to, co zostało zniszczone. Jeśli będzie co odbudowywać, bo nawet armia padła łupem destruktora. Chyba nie ma na co czekać...

Bagnet na broń!*
Trzeba krwi!
[...]
Za tę dłoń podniesioną nad Polską —
kula w łeb!


___
* Władysław Broniewski, „Bagnet na broń”, kwiecień 1939.
Zdjęcie pochodzi ze śmietnika historii. Baryt, 7x10 cm, autor NN, podpis ołówkiem na odwrocie: Nr.(5a).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza