poniedziałek, 15 marca 2010

Kobiety są...

Nie oglądam specjalnie telewizji, szczególnie tej tzw. publicznej, ale ostatnio, przy okazji nasiadówy rodzinnej (oderwany od internetu), postanowiłem zrozumieć na czym polega jej (telewizji) „misja”. No i nie zawiodłem się. Obejrzawszy blisko dwugodzinny program uświadamiający, z rzadka tylko przerywany wiadomościami, jestem bliski zrozumienia. Gdyby nie to, że to źródło wiedzy zostało przerwane brutalnie przez amerykański film dla inteligentnych inaczej, przegryzłbym się przez temat dogłębnie. Bo jak się okazało, szczególnie na temat tajemniczego świata kobiet, od mediów publicznych można się wiele nauczyć, np. że...

Kobiety są gorące, bo...
• przeziębione i wiecznie zakatarzone, ale też
• mają napięcie przedmiesiączkowe, lub
• dokuczają im bóle menstruacyjne, albo
• wzdęcia, i
• zatwardzenie oraz równocześnie (dziwna sprawa, nieprawdaż?)
• biegunkę, a także
• żylaki na przemian z hemoroidami, bo
• są tak puszyste jak „smak natury” więc muszą się odchudzać, kiedy to
• robią dwudaniowy obiad dla czteroosobowej rodziny — z jednego opakowania barszczu i małego słoiczka gotowej papki, a potem kiedy już
• sprzątają brudną do granic niemożliwości kuchnię — tak brudną, że chyba nikt inny poza nimi nie byłby jej w stanie do tego stanu doprowadzić;
• tańczą podczas odkurzania, a kiedy już posprzątają, to wtedy
• opowiadają bajki o wezyrze, który w cudowny sposób doprowadzi usmarowane olejem i diabli wiedzą czym jeszcze białe koszulki ich mężczyzn (męża i syna) do stanu niebiańskiej czystości; koszulki usmarowane w czasie, kiedy one, wraz z córką,
• puszczają wucekaczki w brudnej muszli sedesowej (właściwie powinienem ominąć ten fragment, bo mi się niedobrze robi na widok tak zapuszczonej łazienki), a następnie
• pieką ciasto owocowe dla całej rodziny, z jednej małej paczki proszku, ciasto które wespół z córeczką
• zanoszą swoim mężczyznom spędzającym czas przed komputerem, bawiącym się kolejką elektryczną, albo bodaj oglądającym program edukacyjny w TV, program, którego one nie muszą oglądać, bo
• mają tak bogate życie wewnętrzne, że wystarcza im rozmowa sama z sobą, np.: „już w porządku mój żołądku”, a potem z fantazją graniczącą z bezdenną głupotą
• ubierają się w dwa różne buty, w których
• patrzą jak w obraz w faceta, który przedstawia im, ich nową — na wieki — przyjaciółkę, dosię, a i tak
• ich przyjacielem zostaje ludwik; któremu
• kupują środki na poprawę męskości, a sobie przy okazji
• ordynują sobie środki na porost włosów; to i potem nie dziw, że
• depilują się tu i ówdzie, a
• brunetki farbują się na blond, żeby podnieść swoją atrakcyjność, na odmianę zaś
• blondynki farbują się na brunetki — bo te są ponoć inteligentniejsze, a rude
• rude... są po prostu wredne, bo nie chcą się z nikim podzielić rozkoszą jaką daje im gorący kubek, i
• idą spać z jakimś geriawitem (dziwne imię nieco, ale wdowy muszą sobie jakoś radzić, bo kobiety w Polsce żyją dłużej od mężczyzn), a rano
• nie robią makijażu, bo
• pędzą na Manifę, żądając równouprawnienia.

Uff, kiedy już dotarły do mnie te oczywiste i najprawdziwsze z prawdziwych, bo podane przez wiarygodny organ — telewizję publiczną — prawdy, zrozumiałem jak mało wiem o życiu. Postanowiłem więc, na wszelki wypadek, za pomocą innego medium zweryfikować tę wiedzę i — za pomocą powszechnie dostępnego narzędzia jakim jest wyszukiwarka internetowa — ustalić, czy wszystko to, czego się dowiedziałem jest prawdą (żeby nie było, że bezmyślnie powtarzam dowcip o tym, jak to kobiety chodzą na obcasach, malują się i perfumują).
* * *
No i ustaliłem. Znakomita część tych prawd o kobietach pochodzi wprost od nich samych. Ustalenie tego nie było trudne. Duże koncerny, jak również korporacje reklamowe — pierwsze odpowiedzialne za zamówienie, a drugie za realizację materiałów dostarczających „prawdę o kobietach” — realizują politykę zatrudnienia zgodnie z (niezrozumiałym może dla mnie) parytetem. W myśl tego parytetu, na kierowniczych stanowiskach tychże firm zatrudniane są kobiety. Wystarczy parę minut, aby ustalić, kto jest (personalnie) odpowiedzialny za obraz kobiety śpiewającej do miotły, albo przeglądającej się w muszli (bynajmniej nie ślimaka). I nie są to tym razem „parszywi męscy szowiniści”, do których i ja nieśmiało się zaliczam. Nie, tym razem winne są... cyklistki? Chyba, bo żadnemu normalnemu facetowi takie coś nie przyszłoby do głowy.

Tym razem pozostawię rzecz bez komentarza...

Post scriptum
Kiedy szkicowałem powyższy tekst, życie — z właściwym sobie, szyderczym chichotem — pisało swój. Efektem tego chichotu było kolejne, „genialne” w swej wymowie hasło reklamowe: „Piersi moich pracownic sam kontroluję”. Jakby to powiedzieć, cel może był i szczytny, ale wyszło jak wyszło. Może dlatego, że autorką hasła też jest kobieta? Chapeau bas...

wtorek, 9 marca 2010

Emeryci na wakacjach

Nie zajmuję się polityką, wolę posłuchać muzyki albo/i/lub pooglądać zdjęcia czy też je porobić. To o wiele milsze zajęcie, aczkolwiek jakby nieco mniej dochodowe. No ale, przynajmniej sumienie mam czyste, a myśli spokojne...
Niestety, któregoś dnia, w trakcie plamkowania zdjęć (co jest zajęciem może mechanicznym, ale też i wyjątkowo uspokajającym — powiedziałbym nawet, że to swoiste ćwiczenie jogi dla fotografa) przed ich pokazaniem (zdjęć, nie plamek) w internecie, dopadły mnie pogróżki eksmisji do Tunezji. Jakiś głos — i nie był to głos wewnętrzny — mówił: Plaże Egiptu, Tunezji są dzisiaj zaludnione przez Niemców, Francuzów, Anglików, po części też Rosjan i Czechów. Polaków tam niezbyt wielu. W 2020 roku muszą być tam miliony Polaków!
Myśli, leniwie błądzące gdzieś wokół negatywów, wywoływaczy itp., nagle zaczęły gonitwę, a serce leniwie tłoczące krew do tętnic przyspieszyło, jakbym nagle stanął na starcie maratonu. No, bo jakby nie patrzeć, do Tunezji daleka droga, przez lądy niebezpieczne i morze niekoniecznie spokojne...
Kiedy jednak już wydzielanie adrenaliny się ustabilizowało, oddech i tętno wróciły do normy, a do głosu doszedł rozum, zacząłem się zastanawiać — dlaczego?! Dlaczego mam być zesłany do Tunezji? No fakt, zdjęcia jakie robię każdy widzi; niektórym to nawet solą w oku mogą być, ale żeby zaraz do Tunezji? Chociaż i tak dobrze, że nie na Madagaskar, no alem Kaszub jednak, więc widocznie wystąpiły jakieś okoliczności łagodzące...
Żarty żartami, ale biorąc pod uwagę, że moje składki zdrowotne idą nie wiadomo gdzie, a sprzęt medyczny dla szpitali kupuje Jerzy Owsiak z jego „Orkiestrą”, dziury w drogach — zamiast być naprawiane z podatku drogowego — będą sprzedawane (to nie żart) jako atrakcja, abonament na telewizję publiczną służy nadawaniu zmasowanego ataku reklam, których twórcy chyba cierpią na coś gorszego niż „li tylko” nieuleczalną głupotę — to los emerytów relegowanych do Tunezji nie jawi się w różowych kolorach. Tym bardziej, że ostatnimi dniami ZUS ogłasza wszem i wobec — żeby nie powiedzieć, że „jojczy” — że za parę lat zabraknie pieniędzy na emerytury. Pomijam już, że nie po to wybieraliśmy rząd i prezydenta, żeby nam teraz stękali. Niech myślą skąd te pieniądze wytrzasnąć — może na początek wystarczy ograniczyć wydatki na milionowe premie w ZUSie, bo na razie to odnoszę wrażenie — trawestując nieco złotą myśl Ferdka Kiepskiego, że „rządzić to każden by chciał, tylko robić nie ma komu”. No, bo niby jak ci emeryci mają się znaleźć w Tunezji, i za co? Na piechotę? No chyba, że spłyną na tamtejsze plaże „luźnym dorszem” (vide zdjęcie), na koniec świata, który, jak to wynika z kalendarza Majów, ponoć ma nastąpić w 2012 r.? Swoją drogą, nie mogę wyjść z podziwu, jakimż to mądrym narodem byli ci Majowie. Ponad dwa tysiące lat temu potrafili przewidzieć, że Polska zostanie organizatorem mistrzostw Europy w piłce nożnej. Bo to będzie koniec świata (zob. Będzie Euro 2012) i wtedy chyba faktycznie wszędzie będzie lepiej. Może niekoniecznie w Tunezji, bo tam już będzie tłok na plaży (teraz domyśliłem się o co chodzi — toż wiadomo, bociany do Egiptu, a kaczki do Tunezji). Może jednak nie? Może będzie lepiej?

* * *

Miałem napisać coś optymistycznego, np. że „jutro będzie lepiej” albo „ranek jest mądrzejszy od wieczora”, ale nic z tego. Nie napiszę, bo jak sięgam pamięcią wstecz, a potem — dla odmiany — próbuję dojrzeć tę naszą „świetlaną przyszłość”, to moja wyobraźnia zdecydowanie odmawia współpracy. I tyle marudzenia...

piątek, 29 stycznia 2010

Listonosz wcale nie puka dwa razy


Kot się pod murem przeciąga leniwo,
Na rogu człowiek rozmawia z człowiekiem...

Leopold Staff — „Pierwsza przechadzka”


Miłe złego początki
Bawiliśmy się (na ogół) świetnie. Zasady były proste: ładne miało być ładne, a brzydkie było brzydkie. Kolorowe było dla amatorów, zaś czarno-białe dla artystów. Horyzonty miały obowiązek być poziome i proste, architektura pionowa, a trójpodział i mocne punkty każdy miał wyrysowany flamastrem na monitorze — ot tak, na wszelki wypadek, gdyby przyszło do bardziej rzeczowych dyskusji. Każdy miał swoje — jak to w życiu bywa — mniejsze lub większe TWA, kiedy jedni z niego odchodzili, to przychodzili nowi. I bawiliśmy się dalej.
Oczywiście byli i tacy, którzy nie chcieli nigdzie należeć. Pokazywali swoje zdjęcia „z pewną dozą nieśmiałości” zadowalając się — w zależności od wewnętrznych potrzeb — krytyką lub pochwałą, albo tylko wymianą poglądów z tymi, którzy mieli podobne zainteresowania. I też było dobrze. Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o gwiazdach, rozświetlających firmament pełnią blasku albo po ludzku mówiąc — pokazujących zdjęcia powodujące długotrwały opad szczęki. No ale, gwiazdy jak to gwiazdy, kapryśne są, czasem błyszczą, a czasem rzucają wszystko w kąt i zaczynają wszystko od początku, szukając, w tylko im znany sposób, natchnienia. Nie sposób było nie zauważyć kolejnego rozbłysku ich talentu, ale też — trzeba przyznać — obywaliśmy się i bez nich. Nad całością tego przedsięwzięcia ponoć ktoś czuwał, nienachalnie to prawda, ale jednak zbyt popędliwi mogli czasem zauważyć, że oko „Wielkiego Brata” to wcale nie jest legenda. I też było dobrze. Do czasu, bo któregoś dnia nastąpił...

Zgrzyt
Któregoś dnia, w całą tę sielankę wdarł się nieprzyjemny zgrzyt. Nagle „ktoś” ... dopadł klawiatury i wykrzyczał wielkimi literami: GNIOT!!! Do kosza z tym...!!! Oniemieliśmy, bo gdyby to był któryś z członków Anty-TWA to sprawa byłaby jasna. No bo trzeba wspomnieć, że oprócz TWA były i Anty-TWA i bawiły się one równie dobrze. Wprawdzie ta druga grupa cieszyła się, jakby to powiedzieć, „nieco” mniejszą sympatią, ale... wszyscy mieliśmy świadomość, że życie nie jest usłane różami. No ale... żeby ktoś, powiedzmy, całkiem „normalny” tak się zachowywał? No cóż, pomyślałem sobie, może po prostu zmienił orientację i przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Aż któregoś dnia zasiadłem do oglądania zdjęć i nagle... poczułem, że wstępuje we mnie diabeł, a palce same zaczęły wpisywać pierwsze litery do wykrzyczenia protestu w internecie, kiedy niespodziewanie przyszło olśnienie. To nie pogoda była winna, czy też jej brak. To nie praca, ani korki w mieście. Wcale też nie były winne opady śniegu, tak więc... czyżby???

Znowu cykliści...
No tak, bo niech ktoś mi wytłumaczy, kto wpadł na ten pomysł. Kto wymyślił, żeby bez mojej wiedzy i zgody wymienić stare, nieco obdrapane, ale niesłychanie użyteczne skrzynki pocztowe na jakieś, pożal się panie, „euroskrzynki”. Takie, w których szczelina na korespondencję jest na tyle mała, że przyzwoity list już się nie mieści, za to reklamowy chłam wchodzi bez żadnych ograniczeń. No prawie bez ograniczeń, bo nie da się wepchnąć więcej niż pojemność skrzynki, ale próbować zawsze można, a jak się nie mieści to bodaj wepchnąć rożek, żeby kolejna reklama nowej religii (zwanej przez znawców rzeczy promocją) zwisała luźnym dorszem, nie pozwalając przejść spokojnie. No kto? Rozumiem, że ktoś „musiał” zarobić, takie jest życie. Ale czemu moim kosztem? Czy nie można zarobić normalnie: wymyślić, sprzedać, zarobić? Okazało się, że to tylko moja projekcja marzeń.
Cykliści natarli ze zdwojoną siłą. Raz, bo zarobili, a dwa — bo teraz po wszystkie przesyłki niezUNIfikowane do rozmiarów szczeliny w skrzynce muszę zachrzaniać na pocztę. Na piechtę oczywiście, bo poczta mieści się w takiej odległości, że samochodem się nie opłaca (zresztą i tak nie ma gdzie zaparkować), a na dodatek biegiem, bo ten zabytek usługowy w mojej dzielnicy jest czynny do godziny 18.00 i jednak na tyle daleko, że spacerkiem nie zdążę. Tak więc, czy to książka, czy koperta z filtrami (albo kilogramem ziarna) albo przesyłka z filmami, wywoływaczem czy jakąś inną fotograficzną delicją, biegnę na pocztę z awizem w zębach pozostawionym litościwie w skrzynce przez listonosza (a odnalezionym cudem wśród pogniecionego chłamu), w nadziei na miłe chwile spędzone przy kontemplowaniu przesyłki. Biegnę, tylko po co? No właśnie, nad tym się trzeba by zastanowić. Przecież ta zabytkowa instytucja działa wg schematu rodem z filmów Stanisława Barei. Panienka w okienku (za młoda na Bareję) patrzy na mnie z wyrzutem w oczach, że zakłócam jej przedweekendowy święty spokój, leniwie spogląda na awizo i... oświadcza głosem nieznoszącym sprzeciwu: A, to dzisiejsze, to jeszcze nie ma, będzie jutro. Jutro? — pytam — jutro jest sobota, w sobotę jest przecież nieczynne? No to w poniedziałek — odpiera z niezmąconym spokojem pani z okienka. To gdzie jest moja przesyłka — nie daję za wygraną — Co się z nią dzieje, skoro jej nie ma, a będzie w poniedziałek? To co? Listonosz będzie spał z nią w domu przez cały weekend? — zaczynam być złośliwy, bo perspektywa weekendu bez oczekiwanej przez kilka dni „zabawki” i ponownego biegu na pocztę w poniedziałek trochę mnie wyprowadza z równowagi. Nie odchodzę od okienka i tym zmuszam obsługę do reakcji: Panie, no pewnie gdzieś leży, ale to tyle roboty, nie mogę tak Panu dać, trzeba wpisać w komputer, a widzi Pan, że ludzie czekają — warczy (przypominając mi żywcem sceny z „Misia”), końcówkę zdania wypowiadając głośno i wyraźnie, żeby oczekujący za mną w kolejce wywarli na mnie presję. No i udaje się, kolejka zaczyna pomrukiwać dezaprobatę, normalnie jak za tzw. komuny. Nie daję się jednak: Proszę Pani — oświadczam — to jest priorytet, i za to zostało zapłacone; w poniedziałek to już nie będzie priorytet. Chce mi Pani za to zwrócić pieniądze? Ostatni argument chyba przeważa bo obsługa leniwie podnosi się z krzesła i... znalezienie mojej przesyłki zajmuje jej nie więcej niż 30 sekund i kolejne 30 sekund wydanie mi jej. A cała dyskusja trwała nie krócej niż 5 minut. Wystarczyłaby odrobina chęci, no może odrobina życzliwości i życie byłoby łatwiejsze, ale jednak chyba dużo wody jeszcze musi w Wiśle upłynąć*. Oczywiście, nie rzecz w poczcie jako takiej (ona jest tylko przykładem), rzecz w chyba w przewartościowaniu naszego myślenia, ale może kiedyś wreszcie codzienność zacznie zmierzać ku dobremu? Może wreszcie motto tego posta zacznie być być tylko wierszem, a przestanie być marzeniem?

Epilog
Dziwna rzecz, ale epilog będzie optymistyczny, tak optymistyczny, że aż mi się nie chce wierzyć, że to piszę, ale chyba się rozkleiłem nieco pod wpływem czyjegoś dobrego serca. Otóż okazało się, że zwykła (a właściwie, jak się patrzy na moje wcześniejsze przemyślenia, to niezwykła) ludzka życzliwość przetrwała i jest w stanie przyćmić wszelkie nieprzyjemne doświadczenia. Proszę sobie wyobrazić, że komuś (kto nie zna mnie osobiście), w odległym mieście, chciało się... zapakować, pójść na pocztę, poświęcić własny czas i pieniądze (pozornie niby niewielkie, ale co dla kogo jest niewiele, tego nigdy nie jesteśmy w stanie ocenić), żeby wysłać mi coś, czego szukałem. Moja wiara w ludzką życzliwość znowu stanęła na twardym gruncie. Michale, dziękuję Ci gorąco i tak serdecznie, jak tylko potrafię.
D Z I Ę K U J Ę !

___
* Przykład z pocztą, aczkolwiek z tzw. życia wzięty, jest tylko przykładem. I niech takim pozostanie.

niedziela, 10 stycznia 2010

Rzeźnia polska


I śmiech niekiedy może być nauką,
jeśli się z przywar nie z ludzi natrząsa.

Ignacy Krasicki

Masz wrogów, jesteś sławny. Tak właśnie Dżunior skomentował kolejny odcinek „Łowców Gniotorobów”. Krótko i treściwie. Wrogów? Sławny? Sławny to jest ... (tu wpisać właściwe nazwisko, wybór pozostawiam Czytelnikom), ale ja? Ale może — co jeszcze gorsze — stałem się (tfu) celebrytą? Mówią o mnie, nieważne — źle czy dobrze — ale mówią...
Jakby nie patrzeć, fajnie poczytać o samym sobie, nieźle jest spojrzeć na siebie samego w krzywym zwierciadle. Szkoda tylko, że czasem piszący ocenia sytuację bez ładu i składu, trochę jakby wiedział, że dzwonią, ale nie do końca wiedział gdzie. Szczególnie, jeśli chodzi o takie hobby jak fotografia.
Co tu zresztą dywagować, przytoczę fragment to będzie łatwiej. Tak więc — Łowcy Gniotorobów. „Odcinek 17. Choinki pejzażystów i inne wydarzenia”: Przez uchylone drzwi do pokoju widać było tylko ekran monitora i obramowane poświatą ekranu szerokie plecy. Mijała ósma godzina od kiedy Walczer nie odrywał się od kompa. Na dodatek nic nie pisał i nie przeglądał swoich ulubionych portali. Nie wychodził też po kawę, ani herbatę, propozycję zrobienia mu kanapek zbył krótkim — Nie teraz! Sądząc z odgłosów, raczej nieustannie guglał. — Czego on tam szuka? — pytała Dżuniora zaniepokojona z lekka Walczerowa. — Nie mam zielonego pojęcia — wzruszył ramionami Dżunior. Zbliżała się już północ, kiedy usłyszeli radosny okrzyk. — Mam, mam, znalazłem wreszcie na ebaju — Walczer dawał upust bezmiernej radości. — Chodźcie, chodźcie prędko, sami zobaczycie — zapraszał serdecznie. Na ekranie widać było okazałe cukierki choinkowe w kolorowych foliach. — Trochę trwało, ale mam je wreszcie — Walczer cieszył się jak dziecko. — Mają nie tylko piękne odcienie, ale na dodatek folia ma dokładnie wymiar moich cookinów. Nie trzeba będzie nic przycinać! — Znaczy i w tym roku na choince będą gołe cukierki bez papierków? — Dżunior nie był w stanie ukryć rozczarowania. — Kolorowe będą bombki, łańcuchy, światełka. Cukierki nie muszą — wyjaśnił Walczer. — Tradycji musi stać się zadość. Zobacz lepiej odcienie tej folii, poczytaj parametry przezroczystości i załamania światła. Nie do pobicia! Jestem pewien, że rok 2010 będzie w mojej karierze pejzażysty przełomowy. Pl-Gnioto nigdy wcześniej nie widziało takich barw i motywów. — Walczer aż klasnął w dłonie na samą myśl o przyszłych arcydziełach.*

* * *

No tak, tego to się nie spodziewałem. Dokładniej rzecz ujmując, nie spodziewałem się, że ktoś aż tak dokładnie śledzi moje poczynania również na innym, niż ten wymieniony wyżej „zaprzyjaźniony”, sympatycznym portalu. Na takim portalu, z którego frustraci — próbujący zastąpić indolencję fotograficzną osobistymi wycieczkami i agresją wręcz — są relegowani bez możliwości powrotu. I to wcale nie za sprawą moderatora czy administratora. Sama społeczność portalu reaguje wystarczająco skutecznie, aby delikwenta zniechęcić. Nie w tym rzecz jednak. Clou, że tak powiem, tego portalu są dla mnie rzeczowe rozmowy o zdjęciach i forum tematyczne, z którego można dowiedzieć się praktycznie wszystkiego o wszystkim (i to nie tylko o fotografii tzw. analogowej). Fajne te fachowe rozmówki, tym bardziej, że nikt nikogo nie gnębi za niewiedzę, a wiedza z kolei podawana jest często w łatwostrawny, zabarwiony humorem, sposób. Warto poczytać. Warto, ale ze zrozumieniem, bo jeśli się czyta po łebkach to potem takie koszmarki wychodzą jak pomieszanie filtrów Cokin z foliami astronomicznymi do obserwacji słońca. Nie mogę wszakże narzekać, bo i tak „Walczer” został potraktowany łagodnie (chociaż przysłowie ludowe mówi, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca) w porównaniu z innymi. Za to jak czytam (o znajomych mniej lub bardziej, a nawet o nieznajomych) to czasem mi się przykro robi. Takie to... siermiężne jakieś, bez finezji, trochę jak wyrąbane tępą siekierą, nawet z grubsza nieociosane — jakby na siłę ktoś komuś chciał, za przeproszeniem, dokopać. No chyba, że o to chodzi? Bo jakże inaczej traktować to, że nawet życzliwe porady moich Kolegów są niemiłosiernie w tymże blogu wyśmiewane? Wyśmiewane to zresztą dość delikatne określenie. Tak samo przykro się robi, kiedy publicznie ośmieszana jest czyjaś uroda, a czasem nawet niesmacznie, kiedy czyta się przytyki dotyczące sfery zazwyczaj określanej jak prywatną, czy też bardzo osobistą. Normalnie „Rzeźnia polska” (polska, bo jak zauważył jeden z moich Kolegów, cytuję: faktycznie nigdzie indziej nie spotyka się takiego sposobu polemiki z użytkownikami jakiegoś portalu przez anonimowe tarcze i płytkie teksty o czyichś cyckach, jajnikach, ssaniu itp. Nic dodać, nic ująć...
Odnoszę wrażenie, że teksty te pisane są przez osobę/y mające dość mętne pojęcie o fotografii, a portal i jego społeczność traktują jako pożywkę dla swoich natręctw na dodatek niemających nic wspólnego z fotografią jako taką. Wszak takich nie brakuje; nie podoba im się ani TOP ani Zdjęcie Dnia, DNO wg nich jest niewarte zachodu, a Polecany Autor nigdy nie jest dość dobry. Taki standard zachowań pewnych osobowości, no ale... statystycznie rzecz biorąc, w stutysięcznej społeczności musi się znaleźć jakiś niedoceniony sfrustrowany, i to pewnie niejeden. Ale żeby aż tak?

* * *

Tak sobie czasem myślę, czy autor/rzy wspomnianego bloga nie mogliby się mniej przyłożyć (w myśl sentencji I. Krasickiego) do osób, a bardziej do przywar? Byłoby ciekawiej, zdrowiej i może... może autor/rzy by się wtedy zdecydowali ujawnić? Tym bardziej, że nieco się chyba zapętlił w ukrywaniu/przekręcaniu nicków osób do których czuje jakąś ansę. Niektóre z nich (nicków) nawet dla mnie, stałego bywalca plfoto.com, są do tego stopnia przeinaczone, że przestały być rozpoznawalne. Czyżby Autor próbował ukryć niechęć do własnego towarzystwa bojąc się ostracyzmu? Dziwne to. A swoją drogą, taka wojna podjazdowa to jak szczekanie ratlerka — śmieszy, ale nie na dłuższą metę. I tyle marudzenia, śnieg pada, trza się zbierać i od rana jakieś zdjęcia porobić...

___
* Cytowany tekst pochodzi [z:] http://lowcygniotorobow.blog.onet.pl, autor: „fotka” (anonimowy).

wtorek, 5 stycznia 2010

Diabli a cykliści


Diabli...
W nieco senne (jak to zazwyczaj bywa) posylwestrowe, ale już noworoczne popołudnie obejrzałem sobie (kątem oka i nie z własnej winy, ale jednak) powtórkę przygotowanego specjalnie na wigilijny wieczór programu Zenona Laskowika z udziałem Waldemara Malickiego, których wsparli: dyrygent Bernard Chmielarz z orkiestrą oraz wyśmienici śpiewacy. Wyśmienici. Słowo honoru. Jak posłuchałem „Time to say goodbye” w wykonaniu Renaty Drozd (sopran) to doszedłem do wniosku, że nie mamy się (my, Polacy) czego wstydzić. Sarah Brightman, która na co dzień wykonuje ten utwór mogłaby naszej sopranistce ewentualnie nuty przewracać. I to ostrożnie, żeby przeciągu zbytniego nie robić, bo struny głosowe wydające takie dźwięki to pewnie łatwo przeziębić. A byłoby szkoda, bo na moje niewprawne ucho (trochę przydepnięte przez słonia, to fakt) Ewa Małas-Godlewska ma godną następczynię. Tak więc wysłuchałem koncertu z przyjemnością. No prawie... bo czy może mi ktoś wyjaśnić, skąd w wigilijnym programie znalazła się nagle „Kołysanka dla diabła”?! — skądinąd piękny utwór Krzysztofa Komedy, ale na pewno nie napisany do filmu o narodzinach Chrystusa. Na sto procent nie. Czy ktoś mi wyjaśni, kto sobie z nas, katolików, chrześcijan — zakpił? Diabli zakręcili ogonem, czy też cykliści maczali w tym swoje lepkie palce? No bo jak diabli, to pomodlić się zostało i egzorcyzmy odprawić — to już nie moja działka, ale jeśli cykliści... czas najwyższy zacząć coś z tym robić. Bo cykliści podnoszą głowy coraz wyżej.

Cykliści...
W fotografii też maczają palce. To oni — cykliści — napędzają karuzelę megapikseli, zoomów, cropów, szumów i im podobnych „wodotrysków”. Mamiąc kolejnych adeptów fotograficznego hobby doskonałością nowinek technicznych ogłupiają ich równocześnie. Przestaje mieć znaczenie „co”, ważne staje się „jak i czym”. Opakowanie staje się ważniejsze od zawartości. Nieważne co, ważne, żeby było ładne. Cokolwiek by to „ładne” znaczyło. Obraz, jaki by nie był, oceniany jest poprzez pryzmat „ładności”. Kiedy pokazuję zdjęcia zrobione na Fomie 400 „pchniętej” na 1600 na ogół pada stwierdzenie/pytanie: A czemu tak szumi? Odpowiadam więc zgodnie z prawdą: To nie szum, to ziarno. Film był forsowany, takie było zamierzenie. Hmmm — myśli rozmówca — to może... trzeba było wziąć statyw? Odpowiadam również zgodnie z prawdą: Ależ miałem statyw, to zdjęcie ze statywu, gałęzie drzew/trawy są poruszone od wiatru, tylko kamienie nie. Nie dociera jednak, marketingowa papka wpojona przez cyklistów już zajęła miejsce samodzielnego myślenia: A jakbyś miał tego „marksiedemłamaneprzeztrzy” to by było lepsze, no i jeszcze jakby hadeera zrobić to mucha nie siada — konkluduje. Lepsze czy ładniejsze? — pytam. No i oglądam potem te lepsze (znaczy się ładniejsze) zdjęcia. Bez wyrazu, odszumione do granic niemożliwości, z podciągniętymi kolorami, kontrastem itp. Skadrowane bez ładu i składu, ale za to z GO na grubość włosa, bo omamiony obywatel przy okazji „zanabył” jakiś obiektyw ze światłem 1,4 albo i 1,2 więc wykorzystuje co bozia dała. Nieważne, że nie widać nic poza elementem, w który wstrzelił się autofocus, ważne że jest ostro i bez szumów. Czyli „ładnie”. No i jest: bez wyrazu, bez osobistego piętna autora, jednym słowem odmóżdżone — tak jak to sobie poniektórzy wymarzyli. Bo odmóżdżonym społeczeństwem łatwiej się rządzi, a artystów to oni — cykliści — mają własnych. I nie potrzeba im innych. Tamci mogą fotografować czym i na czymkolwiek, na kliszach lub cyfrą, albo komórkami czy też pinholem — nieważne. Ważne, że są sami swoi. A my? My daliśmy się wmanewrować... jak małe dzieci...

* * *

Żeby nie było... też dałem się wpuścić. Kupiłem niskoczułych drobnoziarnistych filmów, zeissowskie szkło i odpowiednie do tego wywoływacze; pięknie było, gładko jak pupa niemowlęcia a zarazem ostro jak żyletka, ale to jednak nie o to chodzi. Odtrutką tym razem okazał się w TLR. Tyle, że nieco wiekowy jest, fakt; wprawdzie trochę młodszy ode mnie, ale też czasami niedomaga — a to ostrość zgubi, a to migawka się zatnie lub bodaj zwolni na mrozie. Normalnie jak człowiek w pewnym wieku. No ale, pośpiech jest wskazany tylko w konkretnych przypadkach, a w zdjęciach liczy się zabawa, przyjemność, poszukiwanie. Szukam więc nadal i... to sobie cenię najbardziej. I niech tak zostanie.

środa, 9 grudnia 2009

Włazidupy, czyli świat wg oćca Ryżyka

Wypić każdy może
Jakiś głos wewnętrzny mówi mi, że jestem nienormalny. Nienormalny, bo nie akceptuję powszechnie przyjętych norm społecznych. Zagotowało się we mnie, kiedy lubiany skądinąd przez mnie aktor, Piotr F., w jednym z programów TiVi cieszących się sporą popularnością, jako anegdotkę z życia (taką śmieszną, haha) opowiedział, jak to czas jakiś temu za jazdę po pijaku (wersja oficjalna — po kieliszeczku) odwieziono go do izby wytrzeźwień, a następnie pozbawiono prawa jazdy. Tak to pięknie opowiedział, że chyba wszyscy mu współczuli, iż biedak „musiał” jeździć bez prawa jazdy — prawie jak Jacek Ben Silberstein, którego rolę tak świetnie zagrał. Taaa, norma społeczna mówi, że człowiek nie wielbłąd — pić musi, bo jak wypije to jest swój chłop, nawet za kierownicą. Szkoda tylko, że ta sama norma społeczna szybko zapomina o ofiarach. Parę dni temu w Gdańsku zapadł wyrok za zabicie po pijanemu dwóch nastolatek. Sprawca dostał 12 lat do odsiadki. Dwanaście, czyli po sześć lat za zabójstwo. „Tanio” mu to wyszło pomimo tego, że sędzia nie znalazła żadnych okoliczności łagodzących. Ale to pewnie jednostkowy wypadek, bo przecież... skoro ociec wszystkich oćców, ociec ryżyk wszystkich Polaków, niemalże własną piersią broni jeżdżących po pijaku to się to musi zmienić. Możni tego świata powinni przecież stać ponad prawem. Włazidupy pomogą im to wprowadzić w czyn...

Włazidupy mogą wszystko
Jakby nie patrzeć, niedaleko, całkiem blisko, jest sobie firma — właściciel, szumnie nazywany prezesem, jeździ „wypasionym” czarnym samochodem. Jakim? To w sumie nieważne, ale nie jest to Maybach, tak wysoko jeszcze nie sięgnął i to chyba nie z szacunku dla jedynego słusznego posiadacza Maybacha, ale raczej z tego powodu, że kutwa jest straszna i żal mu było pieniędzy na droższy samochód. I tak płakał pewnie strasznie kupując za kilkaset tysięcy czarne Porsche Cayenne. Fama głosi, że chciał bodaj na paliwie przyoszczędzić zakładając instalację gazową, ale został wyśmiany przez dealera i odjechał niepocieszony biorąc jednak model z najsłabszym silnikiem. Jednak szybko został utulony w żalu przez włazidupy: Ach, jaki piękny samochód! Jak to miło, że nasz Prezes jeździ takim autem! Od razu widać, że pracujemy w porządnej firmie! — piały na potęgę jedna przez drugą, utwierdzając go w przekonaniu, że dobrze postąpił przeznaczając pieniądze na podwyżki na zakup samochodu. Kamień spadł z serca prezesowi i resztę firmowych pieniędzy postanowił przeznaczyć na jakieś skromne wakacje dla siebie i rodziny. Skromne, ale na miarę możliwości, nie jakieś tam „wczasy pod gruszą” za 150 zł minus podatek. Skromnie, oznaczało zapakowanie do bagażnika maksymalnej ilości puszek z mielonką i chińskich zupek (bo wiadomo, za granicą „drożyzna straszna”, więc trzeba oszczędzać) na krótki, tygodniowy wyjazd do Austrii na narty. Ewentualnie nie do Austrii, a może w jakieś cieplejsze miejsca, do Dubaju, Kenii, albo w najgorszym wypadku do USA. Zdjęcia z Colorado czy innych ciepłych okolic powinny zaspokoić najbardziej wysublimowane potrzeby wazeliniarzy. Koślawe, kiepsko naświetlone kadry ze skądinąd świetnego aparatu, kadry na których niewiele widać (bo trzepane jotpegi są jak najniższej jakości, żeby zaoszczędzić miejsca na karcie — wiadomo większa karta kosztuje, a przecież przeciętny oglądacz i tak zachwyci się najbardziej paskiem do aparatu renomowanej firmy nie zaglądając do wnętrza aparatu) i tak wzbudzą powszechny zachwyt, bo jakże by inaczej. A jeśli na dodatek, na którymś z nich pojawi się tors prezesa moczącego kończyny w ciepłej wodzie mórz tropikalnych — orgazm werbalny włazidupów sięgnie szczytu. No więc, skoro wszystko i wszystkim się podoba, to po co przepłacać? Za zaoszczędzone na kupnie karty pamięci pieniądze zrobi się tzw. wigilię dla pracowników. Niech poznają wielkie serce prezesa, przecież, jakby nie patrzeć, „firma to on”, a włazidupy są jak jego własne dzieci...

„Wigilia” dla maluczkich
„Oszczędność” to drugie imię prezesa. Ma tych imion, podobnych do siebie, chyba kilkanaście. Wszystkie one, nieprzypadkowo, charakteryzują pewne credo życiowe: „zarobić jak najwięcej, a najlepiej kosztem innych”. Tak więc, tzw. wigilia zostanie urządzona oszczędnie, żeby nie powiedzieć, bardzo oszczędnie. Molierowski „Skąpiec” mógłby się sporo nauczyć od prezesa w tych sprawach, tak więc... po pierwsze — imprezę psuedowigilijną zrobi się po godzinach (no bo to oczywiste, że każda godzina pracy jest szczególnym dobrem prezesa); po drugie — na imprezę zostanie wyszukane takie miejsce, zapomniane przez bogów i ludzi, że jeszcze właściciele dopłacą za to, że ktokolwiek tam zajrzał; po trzecie, związane z drugim — tylko najbardziej zdesperowani (zmotoryzowani) dotrą, co pozwoli zaoszczędzić na opłatku. W sumie to nawet niegłupie, bo gamonie, co nie potrafią zarobić na samochód, poprawią tężyznę fizyczną biegnąc przez las (biegnąc, bo trójmiejskie lasy lubiane są przez dziki, a spotkanie z nimi po ciemku nie należy do najprzyjemniejszych doznań). Wiadomo zaś nie od dziś, że wysportowany pracownik jest bardziej wydajny w pracy. Po co zatem inne rodzaje motywacji?

* * *

Wigilia. Na to słowo zapalają się świeczki w oczach włazidupów. No może świeczki to za słabe słowo, pochodnie byłoby lepiej, ale chyba jednak są to krzewy gorejące pełnią światła jak gwiazda betlejemska: Wigilia! Trzeba zrobić składkę na prezent dla prezesa! Albo nie — kupimy, a potem się reszta dołoży. Co trzeźwiejsi na umyśle próbują zapytać: Jaki prezent? Za co? — ale ich głos niknie bezradnie w harmidrze bezmózgiej tłuszczy — No przecież należy mu się prezent! Za wszystko! Za wszystko czyli za to, że zachrzaniam w tej firmie dzień w dzień, przez cały rok, a nawet jak chcę wykorzystać przysługujący mi urlop to robi się wszystko abym czuł się winny, że śmiem w ogóle go mieć.

No fakt, zapomniałem, że włazidupy rok w rok czują się zagrożone w pracy. Zysków nie przynoszą żadnych, bo niewiele potrafią; raczej straty generują, bo tylko prąd i urządzenia biurowe zużywają na co dzień, a sama klaka nawet prezesowi przestaje wystarczać. No to trzeba podratować sytuację prezentem, i kolejny rok jakoś się przetrwa. Prezentem, eh... cóż można dać komuś z wielomilionowym majątkiem, jeżdżącym samochodem za kilkaset tysięcy złotych? Pewnie będzie kolejny niewypał, na który popatrzy z politowaniem, no ale... pewnie doceni dołączony wkład werbalny włazidupów i jakoś to będzie...

Jakoś to będzie. W miejsce życzeń dla pracowników zrobi się małą, krótką — bo zaledwie półgodzinną odprawę służbową (tego i owego pochwali, wiadomo — doceniony pracownik jest bardziej wydajny; łaskawie pominie się nagany, ale... wiadomo co i jak — niedocenieni będą bardziej zmotywowani). Przejściowa niedogodność łamania się opłatkiem i składania/przyjmowania życzeń (często niestety połączoną ze służbową koniecznością wymiany pocałunków — a wiadomo, nie wszystkie włazidupy mają urodę Cindy Crawwford) zostanie szybko zrekompensowana widokiem pracowników rzucających się do stołu. Będzie mógł — on prezes — poczuć się jak prawdziwy chlebo(jadło)dawca. Patrząc z góry, z politowaniem będzie można szepnąć do małżonki: zobacz, żrą jakby od tygodnia nie jedli — w domyśle — za moje tak żrą (zapomniawszy całkiem przypadkiem, że sam zaordynował imprezę po godzinach pracy, a przeciętny człowiek zazwyczaj jada o tej porze obiad). No ale... potem już same przyjemności — można się przejść wśród owieczek, poklepać protekcjonalnie po plecach któregoś z jedzących smętną sałatkę — tak żeby się zakrztusił, i zagadać familiarnie: Nooo, i kiedy tam zmieniasz samochód na lepszy? Dziwna sprawa, bo prezes głupi nie jest, a przez tyle lat nie nauczył się, żeby nie zaczepiać tych bardziej „niedocenionych”, bo zazwyczaj rozmowę kończy krótka riposta: Niedługo, bo słyszałem, że podwyżki będą w nowym roku? Chociaż nie w ciemię bity prezes i tak ma zawsze gotową odpowiedź: No wiesz, na razie to firma ma pewne trudności, a na złośliwą zaczepkę typu: No fakt, pewnie Porsche trzeba wymienić na nowszy model? oddala się mówiąc, iż z pozostałymi też wypada mu zamienić dwa słowa. No i trzeba pożegnać wszystkich „ojcowskim” przypomnieniem: Żebyście tylko za bardzo nie zaszaleli, bo jutro rano trzeba do pracy.

„Wigilia” — wiadomo — nawet włazidupy zaczynają mówić ludzkim głosem, więc trzeba trzymać rękę na pulsie. Albo na strunach. Głosowych rzecz jasna. Żeby nikomu do głowy nie przyszło głośno zapytać, dlaczego połowa pensji jest płacona na umowy zlecenia, poza ZUS-em, kto pracuje na czarno i dlaczego połowa wypłaty wypłacana jest z dziesięciodniowym poślizgiem? No bo przecież nic nie może zepsuć atmosfery takiego pięknego święta...

* * *

Wigilia... niektórzy już chyba zapomnieli od czego się to zaczęło; zapomnieli, że nie jest to „święto choinki”. Ja jednak jestem starej daty, nie pójdę na tę pseudoreligijną „instalację”. To nie dla mnie. Tak, wiem, nieobecni nie mają racji. Na pociechę pozostanie mi fakt, że przynajmniej zdjęcia robię lepsze niż prezes i jego włazidupy. I tej wersji będę się trzymał.

___
Dołożyłem wszelkich starań, aby ze względu na tzw. ochronę wizerunku zachować anonimowość przedstawionych postaci, ale... jeśli komuś się coś i ktoś kojarzy to wyłącznie jego sprawa.

środa, 2 grudnia 2009

Ludzie bez twarzy

Świat stanął na głowie. Poczytałem sobie taki artykuł i... włosy mi się na karku zjeżyły. Czyżby znowu nadeszły takie czasy, że za sam wygląd jest się ocenianym? No bo jak inaczej ocenić, że ktoś ma śmiałość zażądać, aby druga osoba opuściła jego otoczenie, bo jej wygląd mu się nie podoba? Daleko idącym wnioskiem byłoby ocenienie tego jako nazizmu w najgorszej postaci. No ale, ale... nazizm? Po pierwsze — jest zabroniony prawnie, a po drugie — kojarzy nam się raczej z III Rzeszą i jej ofiarami. Ale odwrotnie?
Może czegoś nie rozumiem? Tak wiem, dyplomacja, polityka itd. nie są moją najmocniejszą stroną. Jestem Kaszubem, ale także i potomkiem Wikingów, dumny jestem z tego, a jednocześnie — z racji mojego miejsca na ziemi — nie potrafię robić parchatych podchodów, „uprzejmie” donosić i ubierać się w skórę tego „biednego poszkodowanego”. Jak mi się coś nie podoba walę prosto z mostu, albo jak kto woli z grubej rury, z otwartą przyłbicą. Gdyby ktoś nazwał mnie pier...... Kaszubem dostałby w twarz, albo odpowiedziałbym pięknym za nadobne, nazywając go pier...... ślązakiem, góralem, poznańską pyrą albo kimś/czymś podobnie brzmiącym. Bo dla mnie obraźliwa jest tu przydawka. I tak się zastanawiam, co musiało ukłuć „bohatera” zdarzenia, że na sformułowanie A ty jesteś pier..... Żydem zrewanżował się, w jego mniemaniu najgorszym epitetem, Jesteś pier... nazistką!. Jak to jest, że jako Polacy, w osobie pani Anny Świderskiej-Schwerin zostaliśmy oszkalowani na Facebooku: Mówiłem wam już wczoraj, że widziałem Hitlera. Dzisiaj zobaczyłem jego «żonę» — i nikt nic z tym nie robi? Nie zażąda wyjaśnień, przeprosin? Jedyna nadzieja w tym, że, jak podaje Gazeta.pl, zostały poinformowane ambasada Izraela i Ministerstwo Kultury. Bo sprawca całego zamierzania ... chce opowiedzieć o tym wszystkim, całemu światu. Żeby ludzie się zastanowili nad tym, co robią. I dobrze. Tak sobie myślę, że może zacząłby od zastanowienia się nad samym sobą?
* * *

Okazuje się, że poeta miał rację, „Dziwny jest ten świat”, dziwny. Kilkadziesiąt lat po wojnie, w XXI wieku, nadal można spotkać się z zachowaniami żywcem przypominającymi czasy „Nur für...”. Trzeba je jednak tłamsić w zarodku, żeby nie doszło to tego, że dziś komuś moja twarz się nie spodoba, jutro każe mi przesiąść się do drugiego wagonu w tramwaju, a pojutrze — wyjść z kina... Żeby nie doszło do tego, że patrząc w wizjer aparatu będziemy się zastanawiać, czy twarz naszego modela komuś „odpowiada”. Bo wg czyichś parchatych natręctw zawsze się znajdzie coś nie tak. A to model będzie czarny, żółty, albo biały... — czyli „rasowo” nieodpowiedni. Nie dopuśćmy do tego. Dziwny jest ten świat, chyba powoli zaczyna stawać na głowie. Szwajcarzy zabraniają stawiania minaretów. Jakoś te dwa, pozornie odrębne zdarzenia, źle mi się kojarzą.
Nazizmowi w każdej postaci powiedzmy stanowcze NIE.*

___
* Artykuł 54 Konstytucji RP gwarantuje mi wolność wypowiedzi i prawo do wyrażania własnych poglądów.