środa, 7 października 2009

Daj panie, daj...

Nie oglądam TV, a przynajmniej nie tej publicznej. Tyle tylko, że ilekroć do kogoś zajrzę, to mnie zaatakuje podekscytowany głos reportera opowiadającego o kolejnym „dramacie życiowym”. Głos, od którego nie da się uciec, wwiercający się w mózg jak — nie przymierzając — dźwięk bormaszyny u stomatologa. Empatia wyciekająca wręcz z ekranu w kolejnych odsłonach jakichś „spraw dla reportera”, albo kolejnej „interwencji” atakuje zmysły próbujące zająć się czymś innym. Bo czymże są nasze koleżeńskie dywagacje nad tym, czy czasy wywoływania dla D-76H są inne niż dla D-76, a jeśli tak, to dlaczego — w porównaniu z problemami, „rodziców” jakiejś Rózi, co to ją oddano matce po porodzie, odebrano przez sąd, a potem dzięki tymże reporterom — znowu oddano? Toż owej Rózi jest wszystko jedno, jest kolejnym owocem jakiejś pijackiej balangi brudnej baby z bezzębnym dziadem. I nie zamierzam nikogo obrażać, TV zadbała o to, żebym mógł ich dokładnie i z bliska wszystko obejrzeć. Oko fotografa wychwytuje niedostrzegalne może dla przysłowiowych „gospodyń domowych” elementy składające się na zgrzebną całość — brud, smród i beznadzieja. A ponoć było posprzątane na przyjazd reporterów? To jak wyglądało przed sprzątaniem? Wolę nie myśleć. No ale, skoro została rozpętana wojna medialna, to teraz otrzymają pomoc i nadal będą mogli zająć się tym, co lubią najbardziej*, pozostawiając opiekę nad dziećmi innym. Tak samo, jak ten „biedak”, co to jest ponoć — zaznaczam ponoć — inwalidą (szkoda tylko, że nie w tym konkretnym miejscu; oni tam zawsze mają wszystko sprawne). I nie to, żebym nie współczuł niepełnosprawnym, wręcz przeciwnie, ale zasłanianie się inwalidztwem powinno iść w parze z zakazem posiadania dzieci. Chociaż, z drugiej rzecz strony biorąc, radzą oni sobie świetnie. Tak jak jeden z tych meneli, co to do pracy nie chciało się wziąć, ale do „roboty” (w sensie spłodzenia dziecka) był bardzo chętny. Żyje więc „biedak” z zasiłków wszelakich i 2000 złotych (zasłyszane w TV — sic!) nie wystarcza mu na wszystkie potrzeby. Nosz kurna, ilu ja znam ludzi, wykształconych, młodych, inteligentnych, którzy pracują i żyją za mniejsze pieniądze. Fakt, chyba nie znam żadnego reportera TV, bo oni — jak sądzę — zarabiając dziesiątki tysięcy miesięcznie, 2000 złotych wydają na waciki albo jeden wieczór w knajpie. Tak więc usłyszawszy wspomnianą kwotę puszczają maszynę medialną w ruch: „Trzeba pomóc!”, „Zrobić coś!”. Taaa, jak w starym dowcipie — weźmiemy się i zrobicie. Zrobicie, pewnie — tyle tylko, że czyimiś rękami i za czyjeś (uczciwie pracujących i płacących podatki) pieniądze. No bo przecież nie pieniądze reportera. On nie jest od pomocy, on jest od międlenia jęzorem, nie powiem — czasem nawet z sensem, ale często... tak jak w tej nieszczęsnej opowieści o tym, jak się pociąg wykoleił.
Jednak, jakby nie patrzeć, reporterzy mają i sukcesy na swoim koncie. Menelowi (bo inne określenie nie przechodzi mi przez klawiaturę) wspomnianemu wcześniej, zostanie przydzielony konsultant. Konsultant? — do pomocy, w domu i zagrodzie, w wychowaniu dzieci, w praniu i sprzątaniu i w czym tam jeszcze menel nie daje sobie rady. A że sobie nie będzie dawał rady to pewne, przecież wszystko załatwi konsultant. Za nasze (podatników) pieniądze. Żałuję tylko, że ta instytucja — konsultanta dla meneli — nie powstała już dawno, może wykwalifikowany specjalista zareagowałby odpowiednio wcześniej, zakładając prezerwatywę w odpowiednim momencie, albo — żeby być w zgodzie z WC — wsadzając podopiecznemu łeb do wiadra z zimną wodą. To drugie rozwiązanie bardziej nawet do mnie przemawia, tańsze, a równie skuteczne. I można je powtarzać, ewentualnie — dodatkowo — wylewać tenże kubeł zimnej wody na głowę.
* * *
Konsultant...
Ależ mnie to słowo urzekło; podziałało wręcz twórczo. Bo jakby to było pięknie, gdyby każdemu fotografowi przydzielić konsultanta. Taki konsultant załatwiłby mnóstwo problemów, przyniósł i ustawił statyw, wypoziomował aparat, skontrolował czas, zasugerowałby jednoznacznie: kolego, a zwiększ przysłonę o jedną działkę, albo — przestaw aparat w lewo, a obiektyw w prawo, załóż połówkę i... teraz! wciśnij spust. Czy też nawet sam zwalniałby migawkę, żeby mieć pewność, że nasze zdjęcie będzie udane. Mielibyśmy same świetne zdjęcia, wszystkie splendory spływałyby na nas, a konsultan zadowalałby się swoją porcją owsa (przepraszam, wynagrodzeniem z budżetu). Żeby nie być gołosłownym, któregoś dnia sam miałem możliwość zostania „konsultantem”. Niestety, zaskoczony kategorycznym żądaniem: Weź mój aparat i zrób mi takie zdjęcia, żebym na tym portalu miał ładne komentarze i wysokie oceny, odmówiłem zdecydowanie tłumacząc, że to wtedy będą moje zdjęcia. Nie dotarło. Zostałem potraktowany jako ten nieużyty artysta. No ale, ja nie jestem wynagradzany z budżetu. A prawdziwy konsultant — tak. I menel wie jak to wykorzystać. On chce dmuchnąć, nachlać się (tak wiem, mogłem napisać spożyć alkohol, ale to jednak nie to samo), a potem całym tym majdanem i jego skutkami obarczyć innych. Byle dzieci mu nie zabrali, bo nie będzie zasiłku (czytaj: nie będzie na wódę). Teraz będzie mu łatwiej, bo wszystko załatwi konsultant. A taki konsultant fotograficzny — cóż byłoby to za cudowne rozwiązanie problemów. Myślę, że nawet moglibyśmy sobie pozwolić na spanie do południa zamiast zrywać się o nieludzkiej porze, w środku nocy — aby ustawiając i poziomując statyw zgrabiałymi od lodowatej bryzy palcami, zobaczyć wschód słońca nad morzem. Albo — jak to by było miło, gdyby zamiast brodzenia po mokrych łąkach, wleczenia ze sobą kilogramów sprzętu, potykania się, żeby umazać całe ubranie w błocie podczas ratowania aparatu przed utopieniem — wysłać tam konsultanta, żeby on załatwił sprawę zachodu słońca nad żuławskimi wierzbami. Na pewno dotrze na czas, na pewno będzie zachód, na pewno przywiezie piękne zdjęcia. Wróci, wywoła, pokaże — zobacz, powie — jakie świetne masz zdjęcia. No bo przecież zdjęcia będą moje — on jest tylko konsultantem, a ja spiję śmietankę. Może nawet okażę mu odrobinę serca, podziękuję? Chociaż niekoniecznie, bo przecież nie za moje pieniądze będzie konsultantem, on zostanie opłacony z pieniędzy innych, takich co potrafią sobie znaleźć pracę (zob. Inżyniera żywot własny).
Ileż wspaniałych zdjęć mógłbym zrobić, gdyby nie brak konsultanta. On wiedziałby jak ustawić lampy w studio, jaki dobrać film, żeby modelka po obejrzeniu efektów nie powiedziała... (nic nie powiedziała, może i lepiej?) albo jak wywołać zdjęcie, żeby było dobrze. A tak? Bez wsparcia, i to za darmoszkę (a jakże, bo przecież wg filozofii meneli, płacą tylko głupcy) niewiele z tego wychodzi. Przynajmniej na razie...
* * *
Znowu wymarzłem, piach dostał się we wszystkie zakamarki aparatu, woda — w chwili nieuwagi — nalała mi się do butów, zachodu nie było, światłomierz pokazywał kierunki świata zamiast poprawnych czasów, nowy eksperymentalnie zakupiony wywoływacz — D-76H — okazał się zbyt miękki do tego co zamierzałem, i tak dalej. Mógłby zapytać ktoś, po co mi te kombinacje z wywoływaczem? To proste — ja nie mam konsultanta, do wszystkiego muszę dochodzić sam (albo prawie sam, z pomocą kolegów borykających się z podobnymi problemami — oni też nie mają konsultantów) — nikt mi też nie dokłada do zabawy w fotografię. Wywoływacz do samodzielnego składania kupiliśmy hurtem, żeby było taniej, wspólnie ze Sławkiem, moim sympatycznym kolegą z portalu dla miłośników tzw. analogów, czyli aparatów na kliszę****. Bo jakoś tak... nie mamy wsparcia za państwowe pieniądze.
* * *
Nie, nie chcę konsultanta, lubię (kocham to może za duże słowo) zabawę w fotografię. Cieszą mnie poranki i zachody w dobrym towarzystwie, uwielbiam narkotyczny wręcz zapach kawy z termosu o wschodzie słońca. Lubię siedzenie w ciemni i kwaśny zapach utrwalacza. Lubię. Bardzo. A co mają z tym wspólnego menele? Oni po prostu są, może należy im współczuć braku empatii? Może. To współczuję. Ale z daleka, i niech oni też się ode mnie trzymają z daleka. Bo następny reportaż będzie o mnie...

___
* Określenie ze słownika wulgaryzmów zostało użyte nieprzypadkowo, w pewien sposób odzwierciedla moją, chyba genetyczną wręcz niechęć do takich typów, czy też stan ducha, kiedy podchodzą do mnie pod sklepem i bez żenady naciskają: Panie, kup mi pan oranżadę albo chociaż wodę mineralną (heh, jeszcze mają śmiałość mieć kaprysy) bo mnie tak okropnie suszy po wczorajszym. Nic dodać, nic ująć...

piątek, 2 października 2009

Och qTWA!

Lubię zdjęcia. Lubię wertować stare albumy z czarno-białymi zdjęciami; szczególnie lubię grzebać w starych kopertach, w których niektórzy trzymają zdjęcia. Bo wtedy odbitki dają się wziąć do ręki i — po pierwsze — mogę obejrzeć je dokładnie z bliska, a po drugie — można poczuć (niewyczuwalny dla laika, ale jednak) zapach starego papieru, chemii, całej tej otoczki fotografii. Kolorowe też lubię, ale te starsze, robione klasycznie, pod powiększalnikiem, czasem z rozchwianymi kolorami, z bielą nie do końca białą, lekko wyblakłe, ze spełzłymi już kolorami. Jakieś takie inne są, każde jest małą indywidualnością. Nie to, co nowe, prosto z cyfrowego labu. Te nowe jakieś takie... bez serca są. Zresztą, nie tak dawno oddałem kolorowy film do jednego z labów w Gdańsku Wrzeszczu, do wywołania i zrobienia odbitek. Takich zwykłych odbitek 10 x 15 cm, bez zadęcia, dla rodziny — żeby obejrzała sobie MIZARA, pracę inżynierską mojego syna. Pamiętałem dokładnie, że część zdjęć zrobiłem z filtrem polaryzacyjnym, a część bez niego. Powinny różnić się kolorami, ich nasyceniem itp. I co dostałem? Wszystkie zdjęcia są praktycznie takie same, trochę nijakie kolorystycznie, żeby nie powiedzieć bez charakteru. A przecież prosiłem, żeby nie grzebać, nie poprawiać kolorów itd. Nic z tego, laboludki wiedzą lepiej. Zawsze tak jest, że ktoś wie lepiej ode mnie. Wszystko wie lepiej...
* * *
Żeby daleko nie szukać — oglądam też zdjęcia w galeriach internetowych; mam kilka ulubionych, zaglądam tam często. Niektórzy twierdzą nawet, że zbyt często. Ale co ja zrobię, że lubię... oglądać zdjęcia. I nie tylko, ale jednak przede wszystkim. Skoro jednak coraz mniej jest tych tradycyjnych, to oglądam ich internetowe ersatze. Też z przyjemnością. Tym bardziej, że internet ma to do siebie, iż oprócz oglądania, ma się kontakt z autorem, kontakt często niedostępny w przypadku zwykłych wystaw. Może nie ten ceniony najbardziej — bezpośredni, ale w końcu, nawet do naszego kraju zawitał XXI wiek i kontakty za pomocą komunikatorów, telefonów komórkowych itp., stały się częścią dnia codziennego (kto jeszcze pamięta, kiedy napisał ostatni list?). Rzecz jednak w tym, że rozmówki internetowe nierzadko przeradzają się w spotkania „oko w oko”. I nierzadko są przyczynkiem do nowych przyjaźni, miłości, albo bodaj tylko zwykłych znajomości w kręgu tego samego hobby. Spotykamy się, czemu nie? Tak samo jak brydżyści, wędkarze albo miłośnicy motoryzacji. Spotykamy się, pogadać o „wyższości jednego aparatu nad drugim”, nowych filmach, plenerach, albo po prostu o niczym — ot pogadać. Chociaż temat fotografii nas nie opuszcza, krąży wokół i zawsze wraca do głównego nurtu rozmowy. Miło jest się spotkać, poznać ludzi, z którymi wymieniamy się opiniami na temat własnych zdjęć. Przyjemnie jest — w ogromnej większości znajomi internetowi okazują się być jeszcze sympatyczniejszymi niż można „wyczytać” z monitora. Oczywiście — jak to w życiu bywa — nie zawsze jest pięknie; czasem się zdarzy, że ktoś przyjedzie na plener na tzw. „krzywy ryj” - wyżre nie swoje kanapki i udaje zdziwionego; albo, że winny „zniknięcia” naszych zdjęć po wystawie, oświadczy z butą: „powinniście się cieszyć, że w ogóle mogliście gdzieś pokazać wasze gów***e zdjęcia”; no fakt — może i badziewne, ale nasze własne, w sensie materialnym również. Jednak to są wyjątki, oni sami odpadają, jak odrzuty. Z pozostałymi zaś miło się spotkać, a to wiśniówką poczęstują, a to kawę przytargają w termosie, pożyczą filtr albo po prostu podzielą się ostatnim papierosem...
* * *
Spotykamy się, jak najbardziej na plenerach — w grupie często raźniej, często bezpieczniej w „dziwnych” okolicach, łatwiej o pomoc koleżeńską w razie awarii samochodu, a poza tym — miło jest się po prostu spotkać i pogadać, jeśli kolejny wschód słońca nie dopisze. Kiedy już plener się skończy, pooglądamy wzajemnie swoje zdjęcia na wyświetlaczach, obgadamy je „wzdłuż i w poprzek”, pozachwycamy się jednymi, a zdołujemy inne — rozjeżdżamy się do własnych zajęć, żeby jednak, wieczorem — spotkać się internecie. Ja wspomniałem, skoro już zdążyliśmy obejrzeć nawzajem swoje zdjęcia, to czytamy opinie innych, wymieniamy się uwagami i... tu zaczyna się clou programu — często-gęsto stajemy się pożywką dla opętanych manią prześladowczą, poszukiwaczy mitycznego TWA*. Zawsze się zastanawiałem, o co im chodzi, dlaczego nie zajmą się czymś przyjemniejszym, robieniem zdjęć, ich oglądaniem, a nie szukaniem dziury w całym. No ale... statystycznie rzecz biorąc, w populacji 100.000 ludzi będzie ksiądz i zakonnica, polityk i złodziej, a także ktoś z manią wielkości lub prześladowczą. Taki jak pewni bracia, co to od niepamiętnych czasów szukają jakiegoś „układu” i oskarżają wszystkich o nepotyzm, zapomniawszy o tym, żeby najpierw spojrzeć w lustro. No to nic dziwnego, że i w portalach fotograficznych się tacy przewijają. W pewien sposób jednak tworzą koloryt życia codziennego, biegają tu i ówdzie, jak kundelki, szczekając na przechodzących; czasem nawet ukąszą w łydkę, bo wyżej nie sięgają. Ich ulubionym zajęciem jest kąsanie tych słabszych, zaczynających dopiero przygodę z fotografią. Silniejszych raczej nie ruszają, obszczekują ich z daleka, zza „płotu” firewalla. Bo w bezpośrednim spotkaniu już nie są tacy odważni. Niewiele mają do powiedzenia poza wygłoszeniem wyimaginowanego banału, że robią to „dla dobra...”. Jakiego dobra? W czym adeptowi fotografii ma pomóc, wpisane z jakąś mściwą satysfakcją, słowo „gniot” opatrzone dziwacznym znakiem interpunkcyjnym? Może i pomaga, w uodpornieniu się na chamstwo dnia codziennego. Jakby nie patrzeć, kundelki zabawne są, ale szkodliwe na dłuższą metę. Zabierają cenne klastry z dysków serwerów nic nie dając w zamian. Dziwna rzecz, ale z mniejszych portali są bezlitośnie usuwani przez moderatorów. Tylko w masie tych większych galerii mają jakieś szanse, tamci administratorzy mają zapewne dość innych zajęć. No cóż... niektórzy z moich kolegów, robiący wspaniałe, wycyzelowane LF-em zdjęcia, zmęczeni wiecznym jazgotem, usunęli się z takich portali; zamknęli się w ciemni i tam znaleźli spokój. Szkoda tylko, że pozbawili nas możliwości oglądania efektów ich wiedzy i wyobraźni. Czasem... też mam dość, ale zawsze ratuje mnie świadomość, że mogę zajrzeć do Bartosza w oczekiwaniu na reportaż z wyprawy do Indii, albo pooglądać zdjęcia Dominika z Toskanii. Zresztą, takich miejsc mam wiele, i zawsze znajduję tam ukojenie fotograficznych namiętności.
* * *
Fotografia, to jest to, co nas łączy — jesteśmy TWA*. Jeśli ktoś nie chce tego zrozumieć, powiedzmy mu wprost: człowieku, idź sobie, to nie dla Ciebie, ujadaj gdzie indziej, my jesteśmy jak karawana - idziemy dalej...
___
* TWA — no tak, wypadałoby podziękować... Nie jestem w stanie wszystkich wymienić z imienia/nicka, a nie chciałbym nikogo pominąć. Dziękuję za towarzystwo na plenerach i w internecie, dziękuję za filmy, noclegi, wycieczki, obiektywy, sprzęt, chemię i wiele innych. Dziękuję za bezcenną wiedzę, którą dzielicie się ze mną. Dziękuję za bezinteresowną życzliwość. Tego nie da się kupić w żadnym sklepie. Dzięki, że jesteście...

wtorek, 22 września 2009

Starocie nie całkiem nieciekawe

Zawsze mnie zastanawiało, co inni widzą w takich dziwnych miejscach. Przecież tam nie ma nic ciekawego. Brudne, zapuszczone, często grożące spadnięciem czegoś na głowę, albo... wręcz po prostu dostaniem po głowie w jakimś ciemnym zaułku. I, o ile, to pierwsze nadal jest realne, to drugie z czasem przestało być niepokojące. Bo ludzie, o ile pojawiają się w takich miejscach, na ogół życzliwi są, ciekawi, a czasem nawet wręcz niesłychanie pomocni. Pomogą, ostrzegą, a czasem nawet pomogą w znalezieniu dziury w płocie. Oczywiście zawsze pada pytanie co, i dlaczego to robię. Robię, czyli fotografuję. Zawsze odpowiadam zgodnie z prawdą, że - po pierwsze - mam takie hobby a nie inne, a po drugie - dokumentuję miejsca, które powoli przechodzą w niebyt. I to wystarcza. Może niebagatelny wpływ na traktowanie mnie jak niegroźnego szajbusa mają moje stare aparaty? Może Kijew wyglądający jak skrzyżowanie małego czołgu z wyrzutnią przeciwpancerną, a może Minolta „uzbrojona” w Tilt & Shift wymyślony i zrobiony przez Konrada w pewien zimowy wieczór? Minolta z tym wynalazkiem w ogóle przestaje przypominać aparat, a zaczyna wyglądać jak urządzenie do nawiązywania kontaktu z obcymi cywilizacjami, a wiadomo kto się takimi rzeczami zajmuje - tak więc z wariatem lepiej nie zaczynać - traktowany jestem zatem dość łagodnie.
* * *
Wracając jednak do początku, co tam jest ciekawego? Sam nie wiem, ale... jak popatrzeć przez wizjer aparatu to sporo ciekawych rzeczy można znaleźć. Od pewnego czasu, patrząc właśnie przez wspomniane szkiełko, zaczynam dostrzegać rzeczy, których nie widziałem wcześniej. Pewnie niebagatelny wpływ ma na to, to „dziwne” szkiełko, rysujące miękko, czasami nieostro, trochę winietujące - jednym słowem inne niż reszta obiektywów, którymi robię zdjęcia. A może po prostu - jest w tym odrobina przekory - żeby nie było zbyt pięknie, prosto, kolorowo? Żeby było tak, jak lubi jedna z moich sympatycznych koleżanek, Agnieszka - przaśnie, buro i brudno (dobrze, że fotografia nie przenosi zapachów) - wtedy dopiero jest warte zainteresowania. Może... to jest jak w tej legendzie o królu Janie III Sobieskim, który (ponoć) uganiając się za zwierzyną po Borach Tucholskich, zostawił gdzieś całą świtę i pobłądziwszy nieco, zgłodniał, a zaproszony do chaty przez mieszkańca okolicznej wsi, nakarmiony przaśnym chłopskim jadłem, tak się nim zachwycił, że w podzięce nadał wsi nazwę Lëbichòwò, a świcie królewskiej potem opowiadał, że jadł coś najwspanialszy posiłek na świecie. Cóż tak zachwyciło króla? Ano ziemniaki okraszone zsiadłym mlekiem - codzienny chłopski posiłek. I tak to czasami jest, że jak się całe życie jada mimry z mamrami, to nie dostrzega się urody rzeczy najprostszych. Może stąd też bierze się upodobanie, żeby czasem w balowej kiecy wejść w błoto? Sam nie wiem...
* * *
Nie szukam jednak miejsc z założenia „okropnych”. Raczej staram się wyszukiwać „smaczki” takich miejsc. A to stacyjka w małej miejscowości, popadająca pomału w ruinę (te stare stacyjki zresztą, jak oglądam zdjęcia kolegów, same w sobie są zaprojektowane „dla ludzi”; murowane z cegły, na dole kasy, pomieszczenia dla podróżnych, pomieszczenia bagażowe - wszystko z pomysłem, od krat na oknach poprzez duże wygodne drzwi, aż po poddasze, na którym mieszkał zawiadowca z rodziną - po prostu ładne, dużo ładniejsze niż dzisiejsze pesudomarmurowo aluminiowe wytwory; no i wytrzymują próbę czasu, czego nie można powiedzieć o nowszych konstrukcjach), a to zapomniany fryzjer w starej dzielnicy, czy też witryna sklepu mięsnego. Sporo tego jeszcze zostało pomiędzy nowo powstałymi supermarketami - z lewej, a kolejnymi bankami z prawej. Ot choćby taka Cepelia albo słup ogłoszeniowy z zeszłego wieku, czy po prostu stare, ceglane budynki osaczane bezlitośnie przez nowo powstające biurowce i handlowe „galerie”. Czy może też stare Kasyno Garnizonowe pamiętające czasy świetności Niebieskich Beretów, albo smętne stoczniowe żurawie widziane z nieczynnego mostu.
* * *
A może, po prostu czasem warto się przejść i wchłonąć gdzieś w siebie resztki starego porządku, obrazków zapamiętanych z dzieciństwa, żeby zostały w nas na dłużej? Może. Jutro nie będzie tego, co jest dzisiaj, czas jest nieubłagany...

środa, 9 września 2009

„Parszywa” dwunastka...

Czy pamięta jeszcze ktoś ten film Parszywa dwunastka? Pokazano go nam jeszcze w czasach PRL, kiedy to władza, bodaj pozornie, dbała o rozwój duchowy obywateli. Był to również okres, kiedy Polska nie prowadziła wojny z żadnym krajem. Czasy się jednak zmieniły, teraz już nie jest tak pięknie jakby się mogło wydawać, albo jak próbuje się nam przedstawić. Jakby nie patrzeć, coś mi się zdaje, że prowadzimy wojny – nie tak dawno w Iraku, a teraz w Afganistanie. Bo jak inaczej nazwać wysłanie naszych żołnierzy na terytorium innego państwa? Bo z tego co wiem, to ONZ nie prowadziła misji pokojowych w tych krajach z udziałem polskich żołnierzy. Może się po prostu nie znam? Na polityce na pewno nie, ale staram się zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Co myśmy (w sensie Polski i polskich żołnierzy) zgubili w Iraku? Ponoć chodziło o wsparcie (chyba duchowe) sojusznika. Sojusznika? Czyżby chodziło o tego, dla którego wysyłamy naszych chłopców na ich wojnę, a w zamian on sprzedaje nam samoloty, które nie bardzo chcą dolecieć do Polski? Czy może o tego, który sprezentował nam okręty, które dawno powinny iść na żyletki, a ich remont odbywa się tylko za pomocą części z katalogu jakiejś Navy, części oznaczonych numerem poprzedzonym dwoma zerami, czyli dziesięć razy droższych od ich cywilnych odpowiedników? A może chodzi o tego, który do naszego kraju przylatuje jak chce, robi co chce, a w zamian wprowadził dla nas wizy i pobieranie odcisków palców na dzień dobry na ich ziemi? No może, może... na tym polega polityka. Faktem jest, że politycy niewiele robią, żeby zmienić ten stan rzeczy. Rozumiem to jednak, przecież jak ktoś lot spędzi w towarzystwie małpek to potem jest mu wszystko jedno...
* * *
Wspomniana wcześniej Parszywa dwunastka była „parszywa” z założenia. Drużyna składająca się z typów dość wątpliwego autoramentu, którym dano szansę opuszczenia więzienia, ale też mieli oni tylko jeden cel – wykonać zadanie. Czyli zwyciężyć. Przeżyć mogli, ale niekoniecznie. Nie był to warunek niezbędny. No cóż, wojna... Wojna rządzi się swoimi prawami. Dość niezrozumiałymi dla przeciętnego człowieka. Szkopuł w tym, że wojna nie jest filmem, wszystkie wojny są naprawdę. Ta w Iraku i ta w Afganistanie też. Źródła internetowe podają, że w Iraku zginęło 22 Polaków, w tym 18 żołnierzy. Ktoś może powiedzieć, że niewielu, biorąc pod uwagę wielkość przedsięwzięcia. Niewielu? Toż ludzkiej tragedii nie mierzy się ilością ofiar; to przecież byli czyiś bracia, mężowie, synowie i ojcowie. Niewielu? Dla kogo?
Nasi żołnierze nie są „parszywą dwunastką”. Do zawodowej armii nie trafia się przypadkiem; trafiają tam młodzi, zdolni, sprawni, inteligentni i – co istotne – niekarani. Nie ma lekko, trzeba się zdrowo napocić żeby zostać żołnierzem. „Trochę” o tym wiem; żeby nie koleje losu to Ci, którzy zginęli na ostatnich „brudnych” wojnach mogliby być moimi kolegami. I to boli (ich śmierć) w dwójnasób. Tak samo boli, jak ktoś próbuje zbić kapitał na sprawach, o których nie ma (i nie będzie miał) zielonego pojęcia. Tak jak to było w sprawie Nangar Khel. Nawet nie będę próbował się odnieść, nie było mnie tam – a tym, którzy próbowali odsądzić od czci i wiary polskich żołnierzy proponuję obejrzenie z uwagą wyjątkowo realnych scen z filmów, z których można wynieść choćby cząstkę nauki o tym, o czym próbują się wypowiadać. Zarówno w Plutonie, jak i we wcześniejszym Czasie Apokalipsy (notabene, dawno temu LWP musiało go obowiązkowo obejrzeć) można znaleźć sytuacje obrazujące konsekwencje bezustannego napięcia psychicznego i 24–godzinnego narażenia życia. Czasem nawet drobne wydarzenie, które w codziennym życiu potrafi przejść niezauważone, w takiej sytuacji potrafi wywołać eskalację działania, które sprowadza się do prostej zasady: zabić, aby nie zostać zabitym. Bo w armii tylko żywy żołnierz jest coś warty. I niestety – co trzeba przyznać – w prawdziwej wojnie, jak i na filmie, zdarzają się błędy. To niestety nieuniknione. Wprawdzie nie po to się wylewa litry potu na poligonach, żeby w boju robić błędy, ale poligon to poligon, tam się da wszystko przewidzieć, a na wojnie nie. Jakby nie patrzeć, nasi robili to, do czego zostali wyszkoleni – do nich strzelano, to i oni strzelali. Celnie. A co niby mieli robić? Rozpłakać się, czy modlić? Zresztą, żeby daleko nie szukać, parę dni temu w Afganistanie
zbombardowano cysternę; liczba ofiar sięgnęła setki, a nikt nawet nie próbuje nikogo oskarżyć o ludobójstwo. A u nas? Lepiej nie gadać, żołnierzy spod Nangar Khel odsądzono od czci i wiary, i oskarżono o wszystko co najgorsze zanim sprawa została choćby pobieżnie rozpoznana. Tylko, że ktoś zapomniał, że to ta sama wojna...
Zresztą, jak komuś mało polecam jeszcze jeden film o Afganistanie – rosyjski, świetny. 9 Kompania z niesamowitą siłą przekazu opowiada, jak tam jest naprawdę, i z czym (z kim) trzeba się zmierzyć.
* * *
Kilka dni temu w Afganistanie zginął kolejny polski żołnierz. Dzisiaj zmarł kolejny. Pewnie (oby nie) będzie następny* i kolejny... Może czas najwyższy się zastanowić, czy już nie wystarczy ofiar? W imię czego mają ginąć polscy żołnierze? W imię pokoju na świecie? – Na pewno, pokój jest sprawą nadrzędną, ale cały czas nie daje mi spokoju myśl, że to nie o pokój chodzi. Że ktoś – pod płaszczykiem walki z terroryzmem – ubija własny interes. No bo jak to może być, że najeżdża się inny kraj, a nie pilnuje swojego? Przecież, o ile dobrze pamiętam te wydarzenia z 11 września 2001 r. to terroryści zaatakowali w USA. Nie w Iraku, czy Afganistanie. Terroryści, których przyjęto tam z otwartymi ramionami, żeby w spokoju mogli się wyszkolić i wcielić w życie swoje mordercze zamiary. Tylko od nas, sojuszników, wymaga się wiz i odcisków palców. Ciekawe to... No tak, ale teraz wspólnie ścigamy terrorystów więc nie ma czasu na inne sprawy. Terrorystów? Może, ale, przecież te narody znajdują się na własnej ziemi, bronią (wg odwiecznych reguł) swojego terytorium. Czy to nie daje do myślenia? Przypominam tylko, że wcale nie tak dawno ktoś chciał wprowadzić swój porządek na naszej ziemi, a polskich partyzantów nazywał Polnische Banditen. I nie wydaje mi się, że to naciągane porówanie. Czy ktoś z całą stanowczością potrafi mi powiedzieć, że nasza obecność w tych „misjach” (bo jakoś nikt nie chce nazwać rzeczy po imieniu jest niezbędna? Niezbędna do tego stopnia, że trzeba improwizować na tzw. żywym organizmie w kwestii uzbrojenia i wyposażenia? Cały czas słyszę i czytam, że brakuje tego i owego, że kamizelki kuloodporne nie takie, że transportery nieodpowiednio opancerzone, a wsparcia śmigłowców brak. I cały czas słyszę, że brak na to pieniędzy. To może – skoro nas nie stać finansowo – nie szafujmy życiem w imię czyichś interesów? Bo w to, że na każdej wojnie zarabia się kokosy, w to akurat nie wątpię. Przecież ktoś „musi” dostarczyć amunicję, uzbrojenie i wyposażenie – te tysiące ton śmiercionośnej stali – bo jak powszechnie wiadomo, amunicji nie robi się z ciasta na macę, a czołgów nie uzbraja się w Torę. No ale... jak to pięknie potem siedzieć w bezpiecznym fotelu i mówić, że to wszystko w imię pokoju. A my? My jesteśmy chyba w sytuacji, którą najtrafniej scharakteryzował jeden z bohaterów mojego ulubionego filmu, Hair: „Biali wysyłają czarnych na wojnę z żółtymi, żeby bronili ziemi, którą oni sami odebrali czerwonym...”. Myślę, że czas już najwyższy zawołać wspólnym głosem słowa Rogera Watersa – Bring the boys back home – Niech chłopcy wrócą do domu... Nigdy więcej wojny!
* * *
Zapomniałem o fotografii? Co tu pisać, zdjęcia są jakie są. Ich największą zaletą jest to, że w ogóle są. Takich, jak powyższe, nie będzie więcej, bo i okręty poszły na żyletki i transportery, a i ludzie się wykruszają. Ale – z drugiej strony – życzyłbym wszystkim nam, aby takie zdjęcia były tylko z poligonów, nigdy zaś z prawdziwej wojny. Myślę, że czas zamknąć listę, postawić czarną grubą kreskę i powiedzieć – nigdy więcej...
___
* Niestety, czarny scenariusz się sprawdza. 10 września kolejny polski żołnierz poległ w Afganistanie.

czwartek, 3 września 2009

Zgasło światło, a winni są cykliści...

Stało się. Zgasło światło. 1 września 2009 r. odebrano mi ciepło domowego ogniska. Ciekawe, kto wybrał taką nieprzypadkową, zbieżną z inną ważną rocznicą, datę? Czy to miała być zemsta, czy bezmyślność? Bo to, że ktoś postanowił zrobić interes moim właśnie kosztem to pewne. Gorzej, że próbuje się mi wmówić, że to dla mojego dobra została wycofana – ciesząca moje oczy ciepłym, miękkim i przyjaznym światłem – „zwykła” żarówka.
„Żarówki są nieekologiczne” - tak sobie myślę, że pod tym hasłem ktoś postanowił upłynnić niesprzedane zapasy tzw. świetlówek energooszczędnych. Naprodukował ich, i zapewne teraz nieudany produkt zalega magazyny. No bo że nieudany - to pewne. Gdyby był udany, to sprzedawałby się jak ciepłe bułeczki ministra Kwiatkowskiego. No ale... „w imię ekologii” - na dźwięk tego hasła niektórzy daliby się porąbać – teraz wszystko musi być ekologiczne. Tylko ja nie chcę. Chcę żyć jak człowiek, sam decydować, co jest dla mnie dobre, co złe, a co sprawia mi przyjemność. Dziwna sprawa, ale np. papierosy - o ile produkowane przez koncern znajdujący się w „odpowiednich rękach” - są „ekologiczne”. A przecież wszyscy wiemy, że szkodliwe, nawet bardzo szkodliwe. Powinno się ich zabronić, tak jak narkotyków, ale... widocznie przynoszą takie zyski, że ich tzw. ekologia nie dotyczy.
Ekologiczne żarówki, taaa - one są bardzo ekologiczne w moim przypadku. I bardzo oszczędne. Do tego stopnia, że w moim domu nie zużyją ani jednego wata energii. Prędzej będę siedział przy świecach. Może jestem niereformowalny, ale... przez lata przyzwyczaiłem się do ciepłej, przypominającej światło słoneczne, barwy zwykłych żarówek, i nie zamierzam z nich zrezygnować. W naszym klimacie, światło w domu pali się przez osiem miesięcy w roku. Może w Kalifornii albo Izraelu jest inaczej. Ale nie u nas. I co? - mam przez osiem miesięcy w roku siedzieć w paskudnym sinozielonym świetle? Przecież kolor światła tego wynalazku nadaje się co najwyżej do oświetlenia piwnicy, a i tak zaczyna ona (piwnica) przypominać scenerię rodem z mrocznych gier komputerowych. W domu? - Nigdy w życiu! Moja ukochana kobieta, oświetlona tym światłem zaczyna wyglądać jak zombie. Sinozielona, niebieska albo różowawa - w zależności od tego jak się trafiło ze świetlówką.
Powiedziałby ktoś, że w zwykłych żarówkach 95% energii idzie na grzanie, a tylko 5% na świecenie. Wystarcza mi te 5%, czemu nikt nie chce tego zrozumieć. A te 95%? - wracając do naszego klimatu – u nas przez 8 miesięcy w roku jest chłodno, trzeba się dogrzewać. I chyba nieistotne czym? Bo ja na przykład uwielbiam usiąść z kawą i książką w ręku pod lampką, która i świeci i grzeje mi ręce. I nie wyobrażam sobie oglądania zdjęć w tym paskudnym zielonym świetle. Ktoś jednak zdecydował za mnie - jak to możliwe, jak to się dzieje? Tak sobie myślę, że winni są cykliści... – i tu przypomina mi się scenka sprzed paru dni.
* * *
Paniusia wybiera kalendarz, taki planszowy, duży - dla pracowników. Kręci się, robi szum wokół siebie, aby było widać, że jest „ważna”. Zażyczyli sobie z „roznegliżowaną panienką” - mówi. Ogląda katalog, krzywi się lekko z niesmakiem – nieee, tu za dużo widać... i z twarzy taka nie bardzo. Próbuję zdusić gdzieś w sobie parsknięcie śmiechem - nosz kurczę, myślę, zamawiający roznegliżowaną panienkę na pewno będą najbardziej zainteresowani twarzą. Ale już podejrzewam finał. Jak zwykle ktoś zdecyduje o tym, co jest dla nas najlepsze. Tak to jest, to chyba nasza narodowa tradycja, miało być pięknie, a wyjdzie jak zwykle. Myliłem się... to jednak nie koniec...
– A panu jaka się podoba? - próbuje zagaić paniusia. Ta - wskazuję na panienkę z efektownym biustem - ale ona nie jest roznegliżowana. No przecież ona jest goła - paruje paniusia. Jak goła jak ma majtki - ripostuję. Nooo nie, bez majtek to pornografia! - z oburzeniem odpiera moje sugestie. No tak, pornografia... i co jeszcze? Eh, widzę że trafiłem na zatwardziały wytwór zaścianka. Tracę chęć do rozmowy, ale zaścianek kontynuuje - bo wie Pan, to nie może być, żeby było wszystko widać, to przecież nieestetyczne; jak byłam - tu pada nazwa kraju z zachodniej Europy (acha, myślę sobie, przyszedł czas na argumenty większego kalibru, żebym sobie nie pomyślał, że z byle kim rozmawiam), jak tam byłam, to na plaży chodzą takie rozebrane do pasa - okropne! I na dodatek niemłode i wcale się nie wstydzą tego, jak wyglądają. Przecież tak nie może być, żeby one pokazywały nieestetyczne biusty! - podnosi lekko głos - ktoś powinien coś z tym zrobić. Hm, diabeł we mnie zaczął prostować rogi - a po czym Pani wnosi, że jakiś biust jest nieestetyczny? No przecież widzę, że mi się nie podoba - odpiera paniusia. No tak - mówię - ale może komuś innemu się podoba. Nie! - one są brzydkie i koniec! - paniusia stoi twardo na swoim. No tak - zaczynam się jej przyglądać, żeby znaleźć w niej tę piękność, która ma prawo decydować o tym, co jest brzydkie, a co nie. I cóż... lekko śniada cera, blisko siebie osadzone ciemne oczy, zerkające podejrzliwie na lewo i prawo, wydatny haczykowaty nos, duży obwisły biust na korpulentnym ciele wspartym na krótkich grubych nogach, całość opięta w ciuch, trochę jak baleron - typowa, niemłoda przedstawicielka swojej rasy, wiedźma po prostu - i ona ma czelność mówić mi, że ktoś jest nieestetyczny? Toć, gdyby iść jej tokiem rozumowania, to wszyscy wyglądający inaczej niż ona, czyli czarni, biali, żółci, czerwoni itd. powinni kryć się w mroku. Widzę już co będzie - pracownicy nie dostaną takich kalendarzy jak chcieli. Dostaną takie, jakie ona uzna za odpowiednie. Jak to się dzieje, że „paniusia” ma prawo decydować o tym, co jest ładne a co nie, co jest dobre i dla kogo? Nie chciałbym wyciągać daleko idących wniosków, ale to wygląda jak prosta droga do tej filozofii i tych czasów, które 70 lat temu wstrząsnęły Europą. Narodowy nacjonalizm nie wziął się znikąd. Niech ją i podobnych do niej diabli wezmą raz na zawsze. Albo może nie, diabli też ludzie i nie zazdroszczę im tych wiecznych problemów, tego targowania się, a to że w kotle za ciepło i szkoda paliwa, a to że za zimno i trzeba podłożyć albo że drewno do palenia nieodpowiednie. Wieczne niezadowolenie to chyba credo życiowe takich jak ona. Eh...
* * *
Co to wszystko ma wspólnego z fotografią, bo w końcu o niej miało być? Ano... dziś żarówki, jutro ryby - wprost od rybaka - ze świeżego połowu, a któregoś dnia ktoś dojdzie do wniosku, że mój stary aparat jest niekoszerny. Pomimo tego, że jest całkiem mechaniczny, nie potrzebuje baterii, nie zużywa prądu itd. Jak lobby postanowi zarobić, to nie będzie zmiłuj się. Ogłoszą światu, że stary selenowy światłomierz jest nieekologiczny i natychmiast mam go złomować, a w zamian kupić „ich” produkt - kilka/kilkadziesiąt razy droższy. Na lobby nie poradzisz...
Widzę jednak światełko w tunelu. Zmęczeni „energooszczędnym”, „ekologicznym” paskudztwem zapalimy świeczki, zrozumiemy wreszcie pradziadów i docenimy aurę ogniska domowego.
No i wreszcie - chcąc nie chcąc - pójdziemy na spacer, w plener, naoglądać się światła dziennego, nawdychać świeżego powietrza; będziemy zdrowsi - zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Czego wszystkim życzę.
Wbrew tytułowi nie wszystkiemu winni są cykliści... - kto jest winny pozostawiam ocenie Czytelnika. Nie dajmy się jednak zwariować.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Majtki i rajtki, czyli bredzenie mediów...

Madonna jedzie do obozu, Madonna w obozie... większość mediów, w tym telewizja publiczna, przez pół weekendu zachłystywała się tą informacją. Panienko przenajświętsza - toż od dawna wiadomo, że Madonna śpiewać nie umie, ale żeby ją zaraz do obozu wysyłać?! Cóż komu zawiniła nienajmłodsza gwiazdka popu? Może obraziła tzw. WC? Show, w którym umięśniona jak facet artystka, prezentująca na scenie głównie majtki i rajstopy, wydaje dziwne dźwięki (które chyba niekoniecznie można nazwać śpiewaniem) może obrażać różne uczucia, ale żeby zaraz do obozu? No chyba, że to swoista zemsta za dawne czasy, że jako Madonna zaprezentowała wizerunek niekoniecznie święty? Ale przecież czasy się zmieniły, artystka też już dawno przestała przypominać dawną Louise Veronica Ciccone z Playboya. Cóż, czas jest nieubłagalny, wszystko się zmienia. No może... prawie wszystko? Nie umiała, nie umie, i pewnie nie nauczy się śpiewać. Lekcje muzyki przygotowujące do Evity dały niewiele, ledwie poprawność, „naturszczik” Banderas wokalnie przyćmił Madonnę z kretesem. Ale za to też się nie skazuje...
Uff, wyjaśniło się, chodziło tylko o to, że artystka ma (chyba) zwiedzać obóz. Więc nic jej jednak nie grozi. Informacja jednak poszła w świat. Ja rozumiem, że kanikuła, że sezon ogórkowy, ale przecież powinna obowiązywać jakaś rzetelność w informowaniu odbiorców? Czy nie? Bo na razie wyszło jak w starym dowcipie: „nie w Moskwie tylko w Erewaniu, nie samochód tylko rower, i - nie wygrał, tylko mu ukradli”. Rzecz w tym, że to ponoć impresario Madonny jest winny całemu zamieszaniu - jak to wśród impresariów bywa - postanowił zobaczyć miejsca kaźni swojego narodu. I dobrze, i chwała mu za to...
* * *
Jedno pytanie nurtuje mnie jednak bardziej niż inne. Dlaczego? Dlaczego ktoś to wymyślił, kto jest odpowiedzialny za ten zamęt informacyjny pt. Madonna w Auschwitz, skąd to się wzięło? Dlaczego nie na Wawelu, nie pod Dworem Artusa, nie w Sandomierzu ani na rynku w Poznaniu tylko właśnie w obozie koncentracyjnym? Kto jest odpowiedzialny za podtrzymywania, wykreowanego przez jakieś parchate media, wizerunku Polski jako miejsca gdzie znajdowały się „polskie obozy koncentracyjne”? Nie chciałbym wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ale czasem nasuwają się one same, bardzo oczywiste. Ciekaw też jestem, dlaczego większość znaczących wydarzeń musi się kojarzyć właśnie z obozami zagłady (a konkretnie tym jednym, bo nie zapominajmy, że było ich więcej - ale pozostałe objętę są jakąś zmową milczenia). Mają utrwalić naszą „winę” w świadomości innych narodów świata? Bo przecież przeciętny TURYSTA W CZERWONYM DRESIE i tak tego zjawiska nie zrozumie. Nakarmiony medialną papką zapamięta z niej to jedno zdanie i będzie powtarzał dzieciom, wnukom, sąsiadom i innym. Nawet jeśli z wycieczką trafi w to miejsce to i tak nie zauważa, że przerażająca nazistowska precyzja służyła jednemu tylko celowi. On widzi porządek, przystrzyżone trawniki zagrabiony piasek. Baraki - jak wojskowe, stojące w szyku, a krematorium nie wzbudza większych emocji, bo tam - za oceanem - od dawna jest powszechne, tylko inaczej się nazywa. Tak, ten turysta zapamięta ewentualnie, że w „polskich obozach koncentracyjnych” mordowano Żydów. Nikt jakoś głośno nie powie, że tych obozów było więcej i nie tylko w miejscu lokalizacji Polska.
* * *
Co to wszystko ma wspólnego ze mną? Ano ma... Niemalże za rogatkami Gdańska jest inny obóz. Stutthof. Jakoś cicho o nim, media go omijają, zarówno nasze, jak i te inne. Chyba jednak dobrze, bo z tego co pamiętam - jakichś mglistych opowieści z dzieciństwa - to potwornością istnienia równy był tym innym obozom. Stryj mojej matki - Aleksander - przeżył. Przeżył, bo uciekł. Przez całe życie nie chciał opowiadać o tym co go spotkało. Wiedzieli tylko najbliżsi, a i oni niewiele, bo ukrywać się musiał do końca wojny, a szmat czasu po wojnie też nie było najlepiej. Stryj nie chciał rozdrapywać ran, chciał żyć jak człowiek? Może to jakaś nauczka dla nas? Nie zapominajmy, bo nie można historii na to pozwolić, tak samo jak nie można pozwolić na jej fałszowanie, ale... nie rozdrapujmy ran. Oddajmy hołd miejscom pamięci, oddajmy hołd poległym i zamordowanym pamiętając jednak, że ludzkiej tragedii nie mierzy się ilością ofiar ani też ich narodowością.
Parę kroków ode mnie, na gdańskiej Zaspie jest cmentarz poświęcony ofiarom nazizmu: Polaków, Rosjan, Cyganów... Kamienne posągi* swoją posępną wymową przypominają te przerażające czasy. Nie pozwolą zapomnieć. Tak ma być. Nie zapominajmy również o tych, co pomału stają się bezimienni, których groby powoli zapadają w niepamięć. Ale na litość... nie róbmy szopki z miejsc kaźni i ludobójstwa. Nie mieszajmy kręcącej pupą i wypinającej biust gwiazdki pop z martyrologią narodu. Nic dobrego z tego nie wyjdzie. Albo wyjdzie - zawitają kolejni turyści w dresach, tym razem w kolorze tęczy, z lodami na patyku. Bezwzględnie się temu sprzeciwiam - nawet kosztem wizyty smętnych panów w czarnych garniturach. No bo, jakby nie patrzeć, zapewne naruszyłem czyjeś parchate interesy. Czyje, to pozostawiam domyślności Czytelnika...

---
* Czas jakiś temu razem z ojcem uczestniczyłem w powstawaniu innowacyjnej maszyny do produkcji betonowych form (co 15 sekund gotowy do użycia blok betonu). Ojciec miał wyobraźnię przestrzenną i złote ręce - nieprzypadkowo właśnie on się tym zajmował (ja tylko pomagałem). Maszyna powstała, czego dowody można obejrzeć na cmentarzu na Zaspie. Mam też w ten sposób nieprzemijającą pamiątkę po ojcu. Bo maszyna gdzieś przepadła w mrokach dziejów. Czyżby naruszała czyjeś „żywotne” interesy?...

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Dyskretny urok negatywu

Przecież nie ja wymyśliłem te podziały. Podziały na tych nowoczesnych, cyfrowych i tych tzw. analogowych (czytaj: niedzisiejszych, albo zacofanych). To tak, jakby podzielić ludzi na tych, co czytają książki na ekranie i na tych, co przewracają kartki w zwykłej, drukowanej książce. A jednak... jakaś magia jest w tych zwykłych, drukowanych książkach. Szelest papieru, zapach farby drukarskiej, dziwna woń kurzu... - po to się je bierze do ręki. Można czytać w fotelu, z kawą albo w wannie, pociągu lub w tramwaju podczas codziennej drogi do pracy. No niby laptopa też można wziąć na kolana, ale to nie to samo. Chociaż pewnie do tego dojdzie któregoś dnia, czas pędzi i nie pyta nas o zgodę. Jest tak samo jak swojego czasu z walkmanami. Kto je jeszcze pamięta? Wyparte kolejno przez odtwarzacze CD, a dziś już na dobre przez empetrójki. No właśnie, empetrójki - jak wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie widział gramofonu, że King Crimson słuchane z głośniczków komputerowych to jak lizanie czekolady przez papierek? Niby wiadomo jak pachnie, można sobie smak wyobrazić, kolor, ale... No właśnie, pozostaje to maleńkie „ale”. Cudownej głębi i miękkości tej muzyki odtwarzanej ze starej winylowej czarnej płyty, nic nie jest w stanie zastąpić. Nawet najdoskonalszy nowoczesny wschodnioazjatycki wzmacniacz z procesorem dźwięku najnowszej generacji nie pomoże. Czegoś po prostu brak. Może brakuje szumu starego wzmacniacza (praktycznie niesłyszalnego, ale...) a może brak niesłyszalnych dla nieosłuchanego ucha trzasków z płyty? Niby one powinny przeszkadzać, a jednak stanowią nierozłączną całość z magią starych płyt. Kiedyś Vangelis o tym mówił, że nagrywa płyty w techologii AAD albo ADD (kto jeszcze pamięta co oznaczają te symbole?). To proste - Analog-Digital-Digital. Oznaczało to, że materiał źródłowy jest nagrywany na klasycznej magnetycznej taśmie, niecyfrowo. Właśnie po to, żeby dźwięk był bliższy ludzkiemu uchu niż sterylne cyfrowe dźwięki.
* * *
Miało być chyba o zdjęciach? Z nimi (zdjęciami) w zasadzie jest jest tak samo. Mam/y tysiące, dziesiątki tysięcy cyfrowych zdjęć, zmagazynowanych gdzieś na dyskach, DVD czy innych nośnikach. Zdjęć poprawnych technicznie, dobrze naświetlonych, ostrych i w ogóle pięknych jak marzenie. Szkopuł w tym, że na dyskach. I szkopuł w tym, że tak samo łatwo jak się robią, tak samo „się kasują”. A zdjęcia powinny być w albumach. Takich, co to można wziąć do ręki. Na tym chyba polega cała magia fotografii, że można zatrzymać się przy każdym zdjęciu, rzucić na nie okiem, albo obejrzeć dokładnie zanim się przewróci stronę. Lepsze, gorsze, ale są. Lepszych nie będzie. A negatywy przechowuje się. Też w albumach. Żeby nie niszczały. Bo z negatywu zawsze można zrobić nową odbitkę. No niby z pliku cyfrowego też, ale komu by się chciało, skoro można obejrzeć na monitorze. A negatyw niejako wymusza zrobienie odbitek. Nawet jeśli są robiona w tzw. cyfrowym labie, te odbitki nie będą doskonałe. Bo i stare negatywy na ogół nie są doskonałe. Przynajmniej w większości. Niemniej jednak, pomimo swoich wad - ziarna, rozchwianych kolorów, rys itp. - mają jakiś niezaprzeczalny urok. Może po prostu zmęczyła nas komputerowa doskonałość i cyfrowa perfekcja? Może znowu wolimy jabłka rwane prosto z drzewa, niemyte i pachnące świeżością? Nawet jeśli te jabłka nie są idealnie gładkie i błyszczące? Może (albo na pewno) sami jesteśmy niedoskonali i szukamy swojego prawdziwego odbicia w rzeczywistości? A może prawdziwa perfekcja leży gdzie indziej? Wracam więc do ciemni wywołać kolejny, „niedoskonały”, ale prawdziwy, srebrny negatyw...
* * *
Jakby nie patrzeć - Klisze przechowuje się...